Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatni bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatni bóg. Pokaż wszystkie posty

20 marca 2018

XIII Ukryty żywot cz. 4

— Co powiecie na kąpiel, śmierdziele? — rzuciła zaczepnie Dayna, przynosząc wraz ze sobą zwierzęcy zapach, który zdążył już opaść po jej poprzedniej wizycie. Woń niewątpliwie należała do wilkora, choć po latach obcowania ze stworzeniem, mogła stanowić nieodłączną cześć neathianki.
Drobna dziewczyna spędziła wśród gundalian wystarczająco dużo czasu, by Zenet mogła już prawie bezbłędnie odwzorować jej wygląd na swoim własnym ciele. Studiowała każdą jej cechę głównie ze znudzenia, częściowo też dla zajęcia myśli, by nie krążyły wokół nieprzyjemnych tematów. Co prawda Surrow mogła czynić to również ze swoimi kolegami, ale obu już dawno rozpracowała i stali się zwyczajnie nudni. No może Nevie udało się ją ponownie zaintrygować, gdy przyciągnął ją do siebie przez sen, będąc zupełnie tego nie świadomym, jednak potem zachowywał się tak jak zawsze. Jesse z kolei jedynie trochę mniej uważał na swe gesty i słowa, równocześnie przerażony i podniecony otaczającym go światem. Nic co w przypadku poety odbiegało by od normy.
Dayna z kolei była ewenementem, z którym gundalianka pierwszy raz się spotkała. Jak dotąd nie miała dłuższej styczności z żadnym z neathian, tym bardziej płci żeńskiej. Do tego ledikanka była niewątpliwie magiem. Jej gesty wydawały się Zenet zbyt naturalne i niewymuszone, zupełnie jakby nie musiała nigdy nakładać na siebie żadnej maski, grać kogoś kim nie do końca była. Tej swobody Surrow jej zazdrościła, tak samo jak smukłej sylwetki o szerokich biodrach i wąskiej talii. Jedynie biust gundalianka miała większy i ciało nie poprzecinane bliznami w widocznych miejscach. Chociaż w autentyczność swoich atutów  gundalianka czasem powątpiewała.
Była w końcu mimikiem, mogła zmienić swój wygląd jak tylko chciała i kiedy tylko naszła ją na to ochota. Nie znała liczby swych przemian i nie pamiętała jak wyglądała przed laty. Pewna była tylko tego, że jej włosy w całości były paskudnie rude, a zieleń nadała im sztucznie i że plecy przecinała jej podłużna blizna. Rana zadana, gdy nie umyślnie wzięła na siebie karę, martwego już kolegi, w złym momencie przybierając jego postać. Poza tymi szczegółami wydawała się sobie fałszywa.
— Pedant — Zenet usłyszała kąśliwą uwagę Vidama, skierowaną do poety, niemal od razu gotowego do wyjścia. Znowu zaczęło się nagabywanie z Jesse»go, stanowiące najprawdopodobniej ulubione zajęcie młodzieńca.
— Ja przynajmniej nie roztaczam wokół woni, równej tej należącej do hibaru* w trakcie rui.
Na ten argument Neva nie miał odpowiedzi.
Zenet wybuchła śmiechem, widząc mieszankę zaskoczenia i  wstydu wymalowaną na twarzy młodszego z gundalian.
— I ty Zen przeciwko mnie — jęknął chłopak.
— Wybacz, ale zagiął cię zbyt pięknie — odparła, ścierając niewielką łezkę z kącika oka. — Nasz poeta dorasta, to takie wzruszające.
Glenn przewrócił jedynie oczami i spojrzał prosząco na neathiankę. Zdawał się szukać w niej swojego sprzymierzeńca, ale Surrow zauważyła w jego oczach coś jeszcze. Zaciekawienie, podobne do tego, z którym ona sama studiowała ledikankę.
— Żadne z was nie pachnie zbyt dobrze. No poza Zenet. Wszyscy przecież wiemy, że kobiety się nie pocą. — Dayna puściła w stronę gundalianki oczko, znów używając zaczepnego tonu. — Chodźcie, śmierdziele.
Mimo wszystko, Zenet coraz bardziej zaczynała ją lubić. Wbrew dziwnej zazdrości o urodę neathianki i relację jaka łączyła ją z Renem, a o której  Surrow nie wiedziała zbyt wiele.
— Dayna, właściwie powinnam spytać cię o to wcześniej — zaczęła gundalianka, gdy schodzili już po schodach. — Co cię łączy z Renem? Bardzo się o niego martwiłaś.
— Spostrzegawcza jesteś — zauważyła tamta. — Ren został przygarnięty przez moją ciotkę i jej gundaliańskiego partnera. Ja trafiłam pod ich opiekę kilka lat później. Do kapłanki już wtedy było mi daleko, a feari** ciężko zrezygnować z magi. - Neathianka pokrótce wyjaśniła powód swej obecności w Podziemiach. — Wychowaliśmy się razem. Jesteśmy dla siebie jak rodzeństwo, choć teoretycznie jestem jego kuzynką.
— Czekaj, dobrze zrozumiałem, Rena wychowywała neathianka? — Neva zdawał się mieć nagły przebłysk geniuszu. — To dlatego jest trochę ciotowaty.
 — Pierdol się — fuknęła urażona Dayna, jakby stwierdzenie to tyczyło się jej samej.
 — Wiesz, samemu trudno — odparł Vidam, znacząco poruszywszy brwiami.
— Oj, poradzisz sobie doskonale. Z takim zapaszkiem na pewno często robisz to sam. — Dziewczyna ze złośliwym uśmieszkiem odbiła rzuconą jej sugestie.
Gundalianin najwyraźniej nie spodziewał się tak skutecznego kontrataku, bo zamilkł i ku zaskoczeniu Surrow, zarumienił się. I tym razem nie potrafiła powstrzymać śmiechu, nic nie robiąc sobie z zabójczego wzroku towarzysza. Nawet Glenn cicho prychnął, najprawdopodobniej równie rady z nie bycia ofiarą, co z reakcji drugiego gundalianina.
— Przestańcie w końcu — jęknął, coraz bardziej speszony Neva.
—  Mówiłam, że to do ciebie wróci, miau! — odezwał się znienacka melodyjny głosik.
Zen rozpoznała po nim bakugana chłopaka, chociaż samego aquosa widziała raptem cztery razy. Wodny kot był dość nieśmiały i rzadko kiedy pokazywał się innym.
— Nes, ty też? Naprawdę? — mruknął zrezygnowany Vidam.
— Jesteś moim gundalianinem, miau. Muszę korzystać z okazji żeby cię wychować, miau — odparła pewnie kotka, wyciągając swój mały łepek z kieszeni wojownika.
— Ta, jakoś nie specjalnie ci to wychodzi — stwierdził.
— Tylko tak ci się wydaje, miau.
— „Widzisz przyjacielu,/ daleka cię czeka droga./ Lecz słuchaj głosu rozsądku,/ a nie ogarnie cię trwoga.”*** — Jessy nagle zacytował fragment jakiegoś wiersza. — Widzisz Neva, twym rozsądkiem jest to kocie o wdzięcznym głosie. Może dalej zajdziesz stosując się do jej wskazówek.
— Prędzej zbankrutuję na rybach i zostanę śpiewakiem operowym — mruknął sarkastycznie Neva.
— Opera to z pewnością działka, Jesse»go. Coś ci na pewno podpowie, prawda? — ciągnęła Surrow.
Glenn przewrócił oczami.
— Obawiam się, że na edukację naszego dobrego kolegi jest trochę za późno.
— Dacie mi już spokój — spytał zrezygnowany Vidam.
— Oczywiście, ale tylko na chwilę — odpowiedziała Dayna, zatrzymując się na przy drzwiach prowadzących na zewnątrz. — Teraz mogę was już oficjalnie powitać w Skalnym Mieście — powiedziała otwierając drzwi z ciemnego drewna, oddzielające ich od gwaru panującego poza budynkiem.

*hibaru - średniej wielkości ssak, którego feromony maja silny, duszący zapach.

**Fearie - rasa neathian mocno przenikniona magią, przez co 90% jej członków zostaje prędzej czy później naznaczona. Mają bardziej szpiczaste uszy i pionowe powidoki źrenic. Obecnie są praktycznie w całości zmieszani z Senilarami, a jednostki posiadające cechy wyróżniające pojawiają się tylko na trudno dostępnych terenach.

***Tu próbowałam wymyślić kawałek wiersza. Próbowałam...


~~
Początkowo planowałam dopisać tu troszkę więcej, ale po otwarciu drzwi dostałam małą blokadę. Sam rozdział 8 będzie miał jeszcze dwie, albo trzy części (nie wykluczam więcej) i równocześnie będzie najdłuższym napisanym przeze mnie rozdziałem.
Dawno nie pisałam też z damskiej perspektywy i początkowo nie mogłam się przekonać do Zenet, ale muszę przyznać, że przyjemnie mi się tak pisało. (Narrator trzecioosobowy, nie wszechwiedzący, siedzący w głowie jednego z bohaterów)
Dodatkowo jestem dumna z opisów tutaj. Chociaż trochę boli, że Dayna jest chwilowo najlepiej opisaną postacią, kiedy było jej tak mało, a taki Neva jest imieniem i nazwiskiem z kilkoma cechami charakteru. Co do Vidama na pewno opiszę go w jednym z najniższych fragmentów. Mam pomysł na bardzo dogodną do tego sytuację ( ͡° ͜ʖ ͡°)
A nawet arta czekającego na tą okazję ^^
Do następnego <3

3 lutego 2018

VIII Ukryty żywot cz. 3

— Teraz będziemy mogli zacząć — powiedział Lyphionim, wróciwszy z zawiniątkiem, po które na chwile wyszedł. — Wiem, że najprawdopodobniej nie zrozumiecie większości tego co mówię, ale będziecie musieli skupić się na moich słowach.
— Tylko tyle? To nie wydaje się zbyt skomplikowane. — Neva nadal upierał się przy stwierdzeniu, że zaklęcie, pod którego wpływam miał się znaleźć, jest dziecinnie proste. Jesse za to miał osobiście ochotę go uderzyć za taką postawę i język nie trzymany za zębami, mimo że raczej brzydził się agresją. Tą potrzebę Glenn zarzucał stresowi, którego ostatnimi czasy doświadczał stanowczo za dużo. Lecz zamiast się tym zamartwiać, wolał skupić się ponownie na instrukcjach anante.
— Wiesz chłopcze, najtrudniejszą część biorę na siebie — oświadczył starzec, odwijając materiał i ukazując oczom młodszych urywany pod nim przedmiot.
Obły kamień oświetlił ciepłym światłem twarze zgromadzonych, stwarzając wrażenie jakby w jego wnętrzu zamknięta była lawa, która leniwie pulsowała czerwienią i żółcią.
— Piękny — wymsknęło się Surrow. — Co to za kamień? Nigdy nie widziałam podobnego.
— To artefakt przysięgi. Pierwszy nasz przywódca otrzymał go od boga, aby nas strzegł.
— Od Świętej Kuli? — spytał szlachcic z zaciekawieniem.
— Nie, od jej syna: Ledikana, zwanym też pierwszym magiem — sprostował starzec. — Znasz przecież legendy, chłopcze. Iv nie była jedyną boginią.
— Tak, pamiętam, wybacz. To na jego cześć się nazywacie ledikanami, prawda?
Lyphionim skinął głową w potwierdzeniu.
— Zawdzięczamy mu równie dużo co Świętej Kuli. Zresztą każdy z bogów miał wkład w historię tego świata i jeszcze będą mieć.
— Wy wierzycie w te wszystkie legendy? — zdziwiła się Zenet. — Na zewnątrz wszyscy uznali je za bujdy. No, poza Jesse»ym.
— Jestem jedynie ciekawy, a poza tym Iv istnieje i to najlepszy dowód na ich prawdziwość. — Poeta poczuł się trochę urażony.
— W to co się wierzy jest indywidualną kwestią. Dzieci, proponuje wrócić do przysięgi — zaproponował starzec, wyczuwając wisząca w powietrzu dyskusję. — Połóżcie dłonie na artefakcie, a wasze bakugany niech też go dotkną.
Młodzi gundalinie bez słowa wypełnili polecenie ledikanina, przyglądając mu się niepewnie.
— Zamknijcie oczy i wsłuchajcie w mój głos — polecił Lyphionim kładąc swoją dłoń na ich. W drugiej trzymał otwartą księgę. — Whisper nie śpij, proszę.
Jedynie cichy szmer skrzydełek, poświadczył o ruchu bakugana, który najprawdopodobniej również przysiadł na artefakcie. Glenn był ciekaw jakie stworzenie mogło towarzyszyć anante, jednak nie odważył się otworzyć oczu. Spekulował jedynie, że musi on być dość niezwykły.
— Jesse proszę, przytrzymaj swojego bakugana.
Poeta po omacku sięgnął po Plitheona, lecz jego dłoń natrafiła na powietrze. Bez zastanowienia otworzył oczy i złapał uciekiniera, lecz prztykając go do artefaktu pokusił się by spojrzeć na Whispera. Nagle jakaś siła zamknęła mu oczy i usta, a jedyne co szlachcic zdołał dostrzec to kolor tajemniczego bakugana.
Oblany strachem skarcił się za tak głupi pomysł, tym bardziej obawiając się gniewu starca. Mężczyzna jednak nie skomentował sytuacji, a tajemnicza siła zelżała by po chwili całkiem zaniknąć. Młodzieniec nie odważył się nawet drgnąć, a jego niepokój zmalał dopiero, gdy usłyszał pierwsze niezrozumiałe słowa, wybrzmiałe wśród dziwnych szeptów.
Zaklęcie początkowo wydawało się nie robić nic, chodź moc artefaktu zaczęła pulsować inaczej. Chwile później wątpliwości Jessego rozwiała nagła wizja, a raczej wspomnienia. Młodzieniec ponownie widział drogę jaką przeszedł z towarzyszami, rozmowę z Renem i jego mistrzem, atak demona. Każde zdarzenie związane z tym miejscem i jego mieszkańcami wróciło do niego, ale prócz nich dostrzegł coś jeszcze. Dwa obce mu obrazy. Pierwszej wizji widział uskrzydlonego, jasnowłosego gundalianina z łukiem w ręku. Druga przedstawiała białego Dharaknoida kłaniającego się fioletowemu, pierzastemu smokowi. Glenn nigdy nie wiedział, żadnego z tych bakuganów, ani tamtego mężczyzny, a obrazy szybko zaczęły się zacierać w jego umyśle. Dopiero po dłuższej chwili pojął, że nie słyszy już słów zaklęcia.
Niepewnie otworzył oczy, od razu dostrzegając baczne spojrzenie maga. Ledikanin nie był jednak jedyną osobą, która się mu przyglądała.
— Coś nie tak? — spytał Jesse, widząc nietęgie miny przyjaciół.
— Pomijając fakt, że odleciałeś na trochę, to wszystko gra — stwierdziła Surrow. — Zresztą to dla ciebie i tak normalne.
— Wypraszam sobie — oburzył się poeta.
— Widziałeś coś więcej, prawda? — nagłe pytanie Lyphionima zbiło wszystkich z tropu.
— Większość obrazów pochodziła z mych wspomnień, jednakże dwa z nich na pewno do nich nie należały. Tylko mi się to zdarzyło? — szlachcic spojrzał niepewnie na przyjaciół.
Zenet ponownie wydała się mu wystraszona, ale pokręciła głową. Za to wyraz twarzy Vidama dość jasno sugerował, że ujrzał coś co spodobało się mu aż nadto.
— Coś takiego zdarza się przy tym zaklęciu. — Zaczął wyjaśniać ledikanin chodź nikt jeszcze go o to nie poprosił. — Najprawdopodobniej ujrzeliście fragment przyszłości, co prawda niewielki, ale mogący co nieco podpowiedzieć.
— Jak to możliwe? — zdziwił się poeta. — Magia może wpłynąć na przyszłość?
— Nie może, a przynajmniej mi nic o tym nie wiadomo. — Mag ponownie zawinął w materiał artefakt. — Jedynie niewielka część pradawnej magi potrafi dotknąć czasu. Na przykład przysięga nie dotyczy tylko tego co już wiecie, ale i tego co dopiero ujrzycie.
— I dzięki temu mogliśmy ujrzeć przyszłość?
— Poniekąd, jednak to już wysoce zaawansowane aspekty magi, a więc nic czym nie powinniście zawracać sobie głowę.
— Może ja i Neva nie jesteśmy magami, ale Jesse już tak — ciągnęła Zenet, zaciekawiona możliwościami czegoś takiego.
— Wybacz, dziecko, ale muszę ci uświadomić fakt, że twój przyjaciel ledwo co zaczął być magiem. Jeszcze wiele przed nim, a czas jest poza pojęciem nas wszystkich.
— Anante, te wizje mogą być metaforą? — spytał nagle szlachcic, kierując rozmowę na nieco inny tor.
— Magia nie zważa na motywy literackie — zauważył z rozbawieniem ledikanin. — A teraz musicie mi wybaczyć, muszę was opuścić. Gdyby jeszcze nurtowała was jakaś kwestia, wieczorem będę do waszej dyspozycji. Żegnajcie. — stary gundalianin wyszedł, zabierając ze sobą to z czym przyszedł.

31 grudnia 2017

VIII Ukryty żywot cz.2

Ostatnio pisałam rozdział razem z Dark Angel, który możecie przeczytać na jej blogu: W życiu istnieją rzeczy, o które wart walczyć do końca
Zapraszam!
~~

Linehalt zaciągnął się rześkim powietrzem i od niechcenia przeczesując dłonią miękką trawę. Brunatno-zielone źdźbła przypominały mu te wszystkie chwilę, które spędził razem z Renem w tym miejscu. Chodź wszyscy uważali gundalianina za niezwykle miłą i przyjazną osobę, ten nigdy nie był zbyt towarzyski. Dlatego też większość czasu spędzali z dala od wioski i innych ledikan, ale nawet początek ich przyjaźni nie był tak prosty.
Było to po śmierci Haliar, smoczycy, która tak samo jak Linehalt była mrocznym pomiotem.
Darkus po jej odejściu całkowicie odsunął się od wszystkich, włącznie ze swoim strażnikiem, tracąc bezpowrotnie przyjaciela. Przywykł do samotności i nie ukrywał swojego niezadowolenia, gdy Lyphionim przyprowadził do niego dziecko, które miało zostać nowym strażnikiem. Mimo wszystko chłopcu dość szybko udało się zaintrygować pradawnego.
Bakugan nie mógł się nadziwić temu, jak taka mała i strachliwa istotka, potrafiła się cieszyć z najmniejszych rzeczy. Choćby małym świetlikiem.
•••
— Linehalt, spójrz! — Mały Ren chwycił w dłonie niewielką, świecącą się kulkę.
— To świetlik, nie sądziłem, że one potrafią tutaj przetrwać. — Bakugan przyjrzał się stworzonku. Dawniej widywał je częściej, jednak to było na długo przed jego hibernacją.
— A wiesz co to znaczy? — chłopiec spytał z niezrozumiałym dla bakugana entuzjazmem. — To znaczy, że my też możemy żyć w świetle! Istoty z mroku mogą, żyć na powierzchni!
— Obawiam się, że to nie jest takie proste, Ren. — Dziecko jednak nie słuchało już Linehalta.
Chłopiec zafascynowany świetlikiem zbiegł po nodze bakugana i wirując w namiastce tańca zaczął śpiewać.

muzyka

O słońce jaśniejące na niebie,
O księżycu płynący po niebie.
Spójrzcie na dzieło swych dzieci
Jak piękny jest wasz świat.


Spojrzycie jak ziemia rodzi kwiaty.
Spójrzcie jak rosną drzewa.
Spójrzcie jak pojawiają się owce.
Spójrzcie jak kwitną lilie.

Linehalt nie mógł się nadziwić łatwości z jaką Ren naginał otaczającą go energie, wyśpiewując słowa starej pieśni. U stup dziecka zaczęły wyrastać białe lilie, emanujące delikatnym światłem. Tą niezwykłą zdolność ponoć odziedziczył po swej matce. Niestety problemem chłopca był fakt, że nie potrafił świadomie użyć magii.

•••

Ren westchnął ponownie zerkając przez okno. Był już w domu, w którym mieszkał zanim go i Linehalta wcielono do armii. Rodzina młodzieńca nadal tam mieszkała, chodź chwilowo ich tam nie było, a on sam miał czas by pomyśleć i wypocząć. Jednak samotność w końcu znudziła Krawlera i całkowicie pozbawiony towarzystwa w końcu go zapragnął. Na swojego bakugana również nie miał co liczyć, spodziewając się  go ujrzeć dopiero wieczorem. Rion powiedział mu, jak sytuacja pradawnego miała się przez te dni, a gundalianin nie specjalnie był zaskoczony zniknięciem swojego przyjaciela. Zbyt dobrze go znał.
Zamiast zamartwiać się Ren wyszedł z mieszkania, zabierając ze sobą czyste ubrania. Przede wszystkim chciał się odświeżyć, ale też musiał załatwić kilka innych spraw. Jednak jego palny pokrzyżowali nieco lediaknie krzątający się po mieście. okazało się bowiem, że gundalinin cieszy się znacznie większym zainteresowaniem niżby chciał i szybko zaczęło mu to przeszkadzać. Nie wiedział jak odpędzić zainteresowane nim osoby, jednak szybko ktoś przybył mu z pomocą.
— Ej, ledikanie! — czyiś krzyk przebił się nad  wszechobecnym gwarem, a spojrzenia wszystkich skierowały się w stronę młodzieńca uczepionego drewnianej konstrukcji utrzymującej parociąg. — Co wy odwalacie? To nasz Ren, a nie jakiś celebryta od siedmiu boleści!
Słowa gundalinina skonfundowały nieco zgromadzonych i już meli się zacząć rozchodzić, gdyby ktoś nie zaczął rzucać nie cenzuralnych epitetów. Między nimi dało się usłyszeć krótki komunikat.
— KALIS! CHOLERO JEDNA! ZŁAŹ Z TAMTĄD SKOŃCZONY DEBILU! ZNOWU BĘDĘ MUSIAŁ WSZSTKO PRZEZ CIEBIE NAPRAWIAĆ! MAŁO MAM KURWA DO ROBOTY!? — grożący wymachiwał przy tym pięścią w powietrzu. Kalis przewrócił oczami.
— To, że nie umiesz tego dobrze naprawić to nie moja wina, Asam!
Słowa te inni skwitowali szybkim „Właśnie”, co skutecznie uciszyło przeklinającego.
Wybawiciel Krawlera, zleciał na ziemię na skrzydłach przypominających jaskółcze. Był jednym z niewielu, którzy również wykształcili sobie również ogon, znacznie poprawiający sterowność.
— Dzięki Swallow, nie wiem co bym bez ciebie zrobił. — Ren uścisnął dłoń przyjaciela, równocześnie się mu przyglądając.
— Zacząłbyś rozdawać autografy i bilety do wojska — zaśmiał się tamten.
Ledikanin nie zmienił się za bardzo. Na jego czarne krótkie włosy, jak zawsze założone były gogle, trochę trzymające grzywkę uskrzydlonego w ryzach, w czym nie pomagały wątłe rogi. Piwne oczy Swallowa były pełne energii, rzucając wyzwanie światu.
— No słyszałem, że z tobą źle, ale żeby aż tak. Kiedy to ostatnio widziało się fryzjera, co? — zażartował Kalis.
— Zdecydowanie zbyt dawno — odparł generał, kierując się w stronę kuchni. — Idziesz coś zjeść?
— Jeszcze się pytasz! Jasne, że tak!

•••

Cała uwaga Glenna natychmiast powędrowała w stronę starca. Jesse jako jedyny nie zdziwił się, wieścią kim ten jest.
Już wcześniej domyślał się, że zdanie Lyphionima liczy się wśród ledikan. W końcu Ren prosił o mapę, akurat jego, a udostępnieniem tego przedmiotu niewątpliwie wiele ryzykowano. Niemniej i tak miał mieszane uczucia wedle mężczyzny.
Ledikanin wyglądał na miłego, jednak poetę skutecznie konfundował fakt, że nie był w stanie wyczuć jego aury, zupełnie jakby go tam nie było. Mimo tego szlachcic widział go i był przekonany o jego materialności. Do tego poeta miał nieodparte wrażenie, że powinien skądś go kojarzyć.
— Jesse, nie panikuj. Ja też nie potrafię dostrzec jego aury. — Glenn usłyszał w swoim umyśle głos należący do Dayny, a sama dziewczyna złapała go za dłoń.
— To też da się odczytać z aury? — zapytał telepatycznie, szczęśliwy, że ostaniom godzinę spędził na nauce tego.
— Jeśli masz wprawę to tak, ale i bez tego to widać. — Młodzieniec poczuł rozbawienie neathianki. Zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią, jednak przerwało mu stanowcze odchrząknięcie Lyphionima.
— Dayno, mogłabyś. — Sugestywne spojrzenie mężczyzny sprawiło, że dziewczyna natychmiast się podniosła.
— Tak, tak, już znikam — wymruczała wychodząc. — Tylko ich za bardzo nie wystrasz, wujku Lypho — rzuciła jeszcze zaczepnie, przez co starzec się uśmiechnął.
Słysząc to określenie Jesse z odruchu zaczął szukać w mężczyźnie podobieństw do neathianki, chodź nie miało to sensu. Z racji pochodzenia z innych gatunków nie mogli być spokrewnieni.
— Dlaczego Dayna nazwała pana wujkiem? — spytała Zenet, która również zaintrygował  ten temat.
— Ponieważ czuje się za staro, gdy nazywa mnie dziadkiem — stwierdził ledikanin. — Wróciwszy do właściwego tematu. Zapewne domyślacie się, że nie złożyłem wam wizyty bez powodu?
Neva i Zenet nerwowo spojrzeli po sobie, a potem na Glenna. mieli nadzieję, ze ich przyjaciel ma jakiś pomysł i na ich szczęście miał.
— Sądzę, że jako Anante* swojego ludu, pragniesz upewnić się, że wasza tajemnica jest bezpieczna — odpowiedział poeta ostrożnie ważąc każde słowo.
— Nie mylisz się, chłopcze — przyznał Lyphionim i miał kontynuować, gdy przerwał mu Neva zrywając się z miejsca.
— Nie zdradzimy was, przysięgamy! — wypalił młodzieniec, natychmiast otrzymując od Jessego mordercze spojrzenie.
Na szczęście starca ten wybryk w żaden sposób nie uraził.
— Gdyby to jeszcze było tak proste jak uważasz, chłopcze. — westchnął ledikanin, siadając wśród młodzików i to samo nakazując gestem Vidamowi. — Nie mam zamiaru was tu zatrzymywać wbrew waszej woli, tym bardziej, że nie wszyscy jesteście magami. Dlatego chciałbym abyście złożyli przysięgę milczenia, chodź właściwiej było by to nazwać zaklęciem milczenia.
— Ale to nie zrobi z nas magów? — zaniepokoiła się Surrow.
— W żadnym wypadku. Jak myślisz, dziecko, czym my magowie się od was różnimy i jak można zostać magiem? — spytał Anante.
Gundalianka zanim udzieliła odpowiedzi, wymieniła zaniepokojone spojrzenie z towarzyszami.
— Magowie są osobami, które używają zaklęć do władania energią. A zostać magiem można chyba jeśli się takowe zaklęcia znajdzie. Wybaczcie jeśli się mylę.
— Cóż, jesteś w dużym błędzie Zen — zaczął niechętnie Jesse. — To wszystko wygląda inaczej. Magiem nie zostaje się z wyboru, po prostu pewnego dnia budzisz się dziwnie zbyt mocno wypoczęty. Całymi dniami jesteś pełen energii, nie odczuwasz zmęczenia. Możesz nawet nie spać, ale przede wszystkim nie jest się  w stanie zużyć tego nadmiaru sił. Potem jest gorzej, bo zaczynają wokół ciebie dziać się dziwne rzeczy. W końcu odkrywasz, że możesz je kontrolować, ale też uświadamiasz sobie fakt, że zostałeś magiem.
— Wybacz Jesse, żadne z nas nie miało o tym pojęcia. — Neva próbował bronić przyjaciółkę i siebie.
— Nie masz o co przepraszać. Skąd niby mieliście o tym wiedzieć, kiedy ja sam mam niewiele większą wiedzę? — zapewnił przyjaciela Jesse i zwrócił się ponownie do przywódcy ledikan. — Dlatego chciałbym prosić cię Anante, aby twoi ludzie do edukowali nas w kwestii magi. Oczywiście jeśli to nie problem.
— Z pewnością znajdzie się ktoś, kto rozjaśni wam kwestię magii, jednak najpierw oczekiwałbym od was złożenia przysięgi. Cokolwiek się dowiedzcie nie może dotrzeć do uszu postronnych.
— Na czym ona polega? — tym razem głos zabrała Zenet. — Wspominałeś Anante, że to zaklęcie.
— Masz rację, wspominałem. Przede wszystkim to zupełnie inny rodzaj magii, niż ta z którą zetknęliście się do tej pory. Nie jest to energia, którą da się kształtować z odruchu i na życzenie. To moc, która ugina się tylko bogom i ich mowie. Przy tak skomplikowanym czarze niestety jest koniecznością. Zaklęcie, którego na was użyję nie zrobi w sumie nic, nic dopóki nie będziecie próbowali wyjawić naszego sekretu. Przysięga wykryje zdradę zanim zdążycie cokolwiek powiedzieć i aktywuje się czego skutkiem będzie wymazanie wszystkich wspomnień na temat podziemia. Nawet nie odczujecie ich utraty. — Gdy Lyphionim skończył, rozejrzał się po twarzach zgromadzonych. Miny mieli niepewne. — Zaklęcie wykreował jeden z najznamienitszych magów, a zarazem twórca tego miasta. Nigdy od setek lat nie zdążyło się by uaktywniło się bez powodu więc i wy nie macie się czego obawiać.
— I nie mamy wyjścia — burknął Neva. — Miejmy to już za sobą, jestem głodny.
— W takim razie zacznijmy. Obiad w końcu nie może czekać, czyż nie? — zaśmiał się starzec.

*Anante - przywódca, lider jakiegoś zgrupowania. Jest to pewna forma grzecznościowa.

~~

Już myślałam, że nie wyrobię się przed północą, ale dałam radę!
Tak więc życzę wam szczęśliwego nowego roku, dużo, dużo ciastek i weny w tych ciastkach!

W osobnym poście wyjaśnię jeszcze kilka kwestii, w tym dodatkowe języki gundalian.

Pa!

14 października 2017

VIII Ukryty żywot cz.1


Witajcie!
Z racji roku maturalnego z pisaniem idzie mi jeszcze gorzej, dlatego zdecydowałam się podzielić 8 na części. Nie wiem ile ich będzie, ale postaram się je jak najszybciej skończyć i opublikować.


Ostatnio zastanawiałam się również nad zmianą nazw własnych, które pojawiły się w anime na te z oryginalnej wersji językowej, Wiele z nich brzmi równie dobrze, a nawet lepiej. Tu jednak decyzję chcę pozostawić wam.
Miłego czytania!
~~~~

Ren, otworzył oczy i rozejrzał się, nie wiedząc gdzie się w ogóle znalazł. Jedyne co dostrzegł to cienie skromnego wyposażenia pokoju.
Obtulił się dokładniej ciepłym futrem, przytulając jego puchaty kraniec. Przyjemne ciepło skutecznie odpędzało go od myśli o wyjściu z posłania i próby sprawdzenia gdzie jest. Było mu zbyt przyjemnie. — Nic złego się nie stanie, jak jeszcze chwilę poleżę i tak długo spałem. — pomyślał i już prawie zasnął, lecz za okna zaczęły dobiegać dźwięki. Nadstawił ucha.
Rytmiczne uderzenia, po chwili zmieszały się z dźwiękami innych instrumentów i czyimś głosem.
Krawler nie wytrzymał. Skrzywił się nieznacznie, gdy chłód uderzył go po nagich ramionach, ale podszedł do okna i je otworzył. Muzyka zaraz stała się o wiele głośniejsza, a on sam po jednym spojrzeniu wiedział gdzie jest. Kamień spadł mu z serca. Nadal był w Podziemiach,  a dokładniej w jednej z największych kolumn Kamiennego Miasta - bo tak zwykli to miejsce nazywać mieszkańcy. Lecznica była największa, ponieważ miała własną kuchnie i łaźnie. Wszyscy inni zmuszeni byli korzystać ze wspólnych, zlokalizowanych na skraju miasta. Mieszkania były wyposażone jedynie w drobne parowe paleniska do przygotowywania drobnych posiłków.
— Jak ja za tym tęskniłem. — Młodzieniec zaciągnął się rześkim powietrzem, wsłuchując w skoczną melodie.
Właśnie tego najbardziej brakło mu w Rhealindtahi*. Muzyka u ledikan cichła jedynie nocą, nosząc się echem po Podziemiach, a oni sami potrafili się radować nawet drobnymi rzeczami. Chodź zdawało się, że wiele stracili, to równie dużo zyskali. W zewnętrznym świecie nikt nikomu nie ufał i rzadko kiedy bawiono się razem, a tu widok tańczący wokół sceny osób nie był niczym nadzwyczajnym. Nie bez powodu stała ona w centrum miasta.
Wokół niej jak zawsze krzątali się ledikanie, pracując w dziennej rutynie, kryjąc się w drążonych filarach, służących im za domy. Nad tłumami sporadycznie ktoś przelatywał, niesiony przez własne skrzydła, gdzie indziej pokazywały się oswojone demony. Codzienność tego miejsca.
Nagle wśród ledikan nastąpiło jakieś poruszenie. Magowie przystawali, wyraźnie czymś zainteresowani. Po chwili na plac wtoczył się wóz ciągnięty przez pomniejsze demony, załadowany ogromnym cielskiem. Ogon martwego bydlęcia ciągnął się za wozem, zostawiając ślad na piachu.
— Zróbcie miejsce w rzeźni! Trzeba ludzi do rozbiórki! — krzyknął ktoś z tłumu. Wszyscy ruszyli do pracy.
Na takie bestie polowano tygodniami, stopniowo je osłabiając. Wysiłek się opłacał, gdyż jedno stworzenie dawało pokaźną ilość zasobów, które nie tylko spożywano, ale też wyrabiano z nich bronie i inne narzędzia. Oznaczało to również, że niedługo Podziemia czeka uczta.
Krawlerowi w końcu znudziło się patrzenie na krzątaninę w dole. Miał zamiar wrócić pod futro, jednak jego plan spania, aż ktoś się nim nie zainteresuje, zepsuła Meler, swoim pojawieniem się. Bez wątpienia mógł stwierdzić, że postarzała się. W kącikach oczu gundalianki pojawiły się kurze łapki, a jej jasno różowe włosy przecinały pasma siwizny. Mimo tego spojrzenie uzdrowicielki nadal było tak samo ciepłe, jak dawniej.
— O wstałeś już  — zdziwiła się nieco widząc młodzieńca na nogach. — A już miałam się zakładać z Feralem kiedy się obudzisz.
— Aż tak długo spałem? — młodzieniec zmieszał się. Właściwie rzeczywistość dopiero teraz zaczęła do niego w pełni docierać. On żył, ale nie miał pojęcia czy to samo tyczy się jego towarzyszy.
— Ponad trzy dni i nie zdziwiłabym się gdybyś przespał drugie tyle. Nie dość, że wendigo cię połamał, to wcześniej byłeś otruty. Siadaj — nakazała Renowi, który bezskutecznie próbował połączyć ze sobą wszystkie fakty. Atak bestii pamiętał, ale żadnej trucizny, czy czegokolwiek innego nie kojarzył. Definitywnie musiał czegoś nie zauważyć. Właściwie dopiero wtedy Krawler zwrócił uwagę na swoje ciało i zaklął. Na piersi miał odciśniętą łapę demona, która zdążyła już przybrać wszelkie możliwe odcienie sinizny i nieco się rozlać.
— Naprawdę dopiero teraz go zauważyłeś? — uzdrowicielka pokręciła głową z dezaprobatą i zaraz dodała — Dayna i Lydia ci potem wszystko dokładnie wyjaśnią, ja nie mam czasu. Buher** poturbował zbyt wielu.
Kobieta nieco zirytowana, siłą usadziła ledikanina na łóżku. Sprawdzenie, czy zaklęcie wchłania się dobrze, zajęło jej chwilę, co zawdzięczała wprawie w swym fachu. Normalnie zajęłaby się też resztą pielęgnacji, jednak była pilnie potrzebna gdzie indziej.
Zamiast Meler, dalszą pielęgnacją zajęła się jej córka- Rozalli.

*Rhealindtahi- stolica Gundalii
**Buher - wielki, byczo-jaszczurczy demon. Poluje się na niego długo, regularnie podtruwając bestie. Jego ciało zapewnia dużo pożywienia, a z niejadalnych części tworzy się narzędzia i bronie.

10 sierpnia 2017

VII Pierwsza lekcja

Z dedykacją dla Złej Istoty, której zawdzięczamy wszystkie romantyczne opisy w tej notce.
~~

Neva przebudził się nad ranem. Czując dalszą potrzebę snu nie otwierał oczu. Coś jednak go obudziło. Nasłuchiwał przez dłuższą chwilę, ale usłyszał tylko kąpiącą gdzieś w oddali wodę. Uspokoił się i postanowił spać dalej.
W tym właśnie momencie zdał sobie sprawę, że nieświadomie przytula coś jedną ręką.
Dalej nie otwierając oczu zaczął przesuwać po nieokreślonym przedmiocie swoją dłoń. Zaskoczyła go miękkość i gładkość rzeczy którą dotykał. Niby miękkie w dotyku, jednak definitywnie nie była to poduszka. Przyjemne ciepło emanujące od przedmiotu działało na niego wręcz uspokajająco, a niepokój który odczuwał był już prawie niewyczuwalny.
Delikatnie zaczął przesuwać dłoń do góry po aksamitnej powierzchni nieznanego przedmiotu.
Nagle zatrzymał się.
Tak! Definitywnie rzecz pod jego dłonią rytmicznie unosiła się lekko w górę i w dół. To właśnie ten fakt nakłonił Vidama do uchylenia zaspanych powiek i przyjrzenia się przytulanej istocie. Od razu rozpoznał zielono-rudą czuprynę obiektu swoich westchnień, co uczyniło go najszczęśliwszą sobą na świecie.
Młodzieniec wtulił się w Surrow, uważając aby jej nie zbudzić i dołączył do niej w krainie snów.

•••

Glenn siedział skulony w pomieszczeniu, w którym zwykli przebywać strażnicy. Nie obchodził go powód nieobecności ledikan, ani to czy jego towarzysze już się przebudzili. Chciał być sam, a przynajmniej tak mu się wydawało.
Przede wszystkim starał się jakoś uspokoić i opanować moc, ale ta w żaden sposób nie chciała poddawać się jego woli. Na domiar złego nagromadził jej w sobie za dużo i nie był w stanie niczego przelać w kamienie otrzymane od Lyphionima. Teoretycznie zaklęcie służące do przelana mocy na inną istotę powinno zadziałać i w tym przypadku, lecz tak nie było.
— Cholera by to wzięła — zaklął Jesse, co zdarzało mu się naprawdę rzadko.
— Trzeba było nie zostawać magiem, a nie miał byś takich problemów — zakpił z niego Plitheon.
— Mógłbyś z łaski swojej milczeć, tak jak to robiłeś do tej pory? — warknął szlachcic. — Mówiłem już, że to wyszło przypadkiem.
— Jasne, przypadek. Mam serdecznie dość twojego idiotyzmu, Jesse. Po co w ogóle zabierałeś mnie ze sobą, co? Zgniótłbym tego demona i nie musielibyśmy tu tkwić, ale oczywiście, ciebie musiały ratować dwie kobiety, w tym neathianka. — syknął bakugan i ciągnąłby dalej tyradę, ale przerwała mu Dayna, która niespodziewanie weszła do pomieszczenia.
— Masz coś do neathianek? — rzuciła hardo.
— Z magami nie rozmawiam — mruknął ventus i zwinął się z powrotem w kulę.
— Wybacz, to rodowy bakugan — próbował tłumaczyć się poeta, nie chcąc w żaden sposób narazić się ledikance.
— Nie przepraszaj za niego — fuknęła dziewczyna. — I to nie jest żadne usprawiedliwienie. Nikt nie wybaczy szlachcie obelg, bo są szlachtą.
Jej słowa trochę zraniły młodzieńca, ale wiedział, że ma ona rację i powód by nienawidzić jego warstwy społecznej. Nie chciał też mieć wroga w potencjalnie jedynym sojuszniku.
— Spokojnie, do ciebie nic nie mam — sprostowała łuczniczka, widząc jego skwaszoną minę. — Ale powinieneś utrzeć nosa temu ventusikowi.
— Wiem, ale odkąd dowiedział się, że jestem magiem i tak praktycznie się do mnie nie odzywa. — Poeta uśmiechnął się słabo, ale praktycznie natychmiast z powrotem posmutniał.
— Nie boisz się, że na ciebie doniesie?
— Niezbyt. — stwierdził i po chwili skrzywił się z bólu, łapiąc za skronie.
Zdążył już przywyknąć do tępego bólu, który towarzyszył mu od jakiegoś czasu, ale ten niespodziewanie się nasilił.
— Migrena od nadmiaru mocy, prawda? — zgadła neathianka, stanowczo zabierając dłoń Jessego z jego czoła i sama sprawdziła, czy ten nie ma gorączki. — Jest źle. Musisz jak najszybciej pozbyć się mocy, albo cię ona zabije. Dostałeś kryształy energii od Lyphionima?
— Gdybym jeszcze wiedział jak ich użyć — mruknął Glenn. — Tego nie da się zrobić zaklęciem na przekazanie energii. Próbowałem.
— Da się, ale Lyphionim prawdopodobnie wyjaśnił ci to bardzo pobieżnie, licząc, że Ren bardziej zagłębi się w szczegóły. Pozwól, że ci pokażę. — Dayna zajęła miejsce naprzeciwko młodzieńca i złapała go za ręce. — Na początek zamknij oczy i skup się na uspokojeniu oddechu. Jeśli zajdzie taka potrzeba zagarnę część twojej mocy, więc nie musisz się bać, jak coś nie wyjdzie.
Spokojny głos ledikanki pomógł szlachcicowi opanować się, dzięki czemu jego moc przestała niebezpiecznie drgać.
— Doskonale, teraz wyobraź sobie pustą przestrzeń i w niej z wizualizuj swoją moc. — Dziewczyna dała mu trochę czasu. Gdy wywnioskowała z jego miny, że skończył poprosiła, by opisał jej wygląd.
— Jest to zapętlony strumień energii o seledynowo-zielonym kolorze. Cały czas faluje i wygląda jakby składał się z wielu nici. — Poeta skupił się na obrazie starając się go jak najtrafniej opisać. Równocześnie był też nim bardzo zafascynowany. Pierwszy raz spotkał się z czymś takim. Dotąd był przekonany, że mocy nie można ujrzeć dopóki nie zostanie ona użyta.
— Teraz spróbuj dostrzec kryształ — kontynuowała dziewczyna, wkładając mu w dłoń kamień. — Dałam mu odrobinę energii, żeby było ci łatwiej. Powinna być błękitno-złota.
— Widzę dwa źródła tej mocy. Jedno malutkie, drugie bardzo duże.
— To większe to ja — zaśmiała się łuczniczka. — Skup się na tym mniejszym.
— Są też inne barwy porozrzucane wokół nas... — zaprotestował Glenn, tracąc trochę pewność siebie.
— Spokojnie, to inne osoby. Jak skończymy wyjaśnię ci to szerzej. Teraz skup się ponownie na swoim źródle i krysztale, dobrze?
Jesse skinął głową.
— Chwyć swoją moc i przelej ją do kryształu. Na pewno się zmieści, zobaczysz.Tylko pod żadnym pozorem nie przelewaj wszystkiego. Musisz zostawić sobie część do życia.
Dayna bardziej skupiła się na źródle Glenna, by móc go w porę zatrzymać.
— Starczy! — krzyknęła, gdy prawię przesadził. — Przestań przytrzymywać oba źródła i otwórz oczy.
Jesse posłusznie opuścił przestrzeń w jakiej się znajdował i dopiero po otwarciu oczu, poczuł naprawdę duże zmęczenie.
— Świetnie ci poszło — pochwaliła go dziewczyna. — Korzystając z okazji, że już tu jesteś, przy następnych napełnianiach kryształów, poproś kogoś by cię nadzorował. Będzie ci łatwiej.
— Dziękuję... Za wszystko. — Młodzieniec uśmiechnął się szczerze, czując dużą ulgę po pozbyciu się nadmiaru mocy. — To powiesz mi więcej o innych barwach energii?
— Przede wszystkim nazywamy je aurą. Jak już zauważyłeś,  mają dużą różnorodność barw i posiada ją każdy, nawet nie naznaczeni — wyjaśniła Dayna.
— Domyślam się, że idzie za jej pomocą rozróżnić maga od zwyczajnej osoby.
— Dokładnie. Nasze są wyraźniejsze, ale starczy ci na razie tej nauki. Idź się jeszcze zdrzemnij. Przyda ci się. — Ledikanka wstała i wyciągnęła dłoń w stronę Glenna, by mu w tym pomóc. — Wrócę później z waszym śniadaniem.
— Ostatnie pytanie, naprawdę — zapewnił młodzieniec, widząc wymowne spojrzenie łuczniczki. — Wiesz może dokładniej co z Renem? Wczoraj jego ojciec niewiele nam powiedział.
— Rion z wami rozmawiał? — łuczniczka nie ukrywała zaskoczenia.
— I grał w karty... Aż takie to dziwne?
— Tak. Co do Rena, sama niewiele wiem. — szybko zmieniła temat. — Dopiero będę do niego szła. Opowiem wam wszystko, jak tylko będę wiedzieć.
Glenn również wstał i nim zdarzył spostrzec co się dzieje neathianka wtuliła się w jego ramiona.
— Do zobaczenia — szepnęła i ruszyła w kierunku wyjścia.
Gundalianin odprowadził ją wzrokiem do wyjścia. Jeszcze chwilę stał zaskoczony, po czym wrócił do przyjaciół i w milczeniu poszedł spać.

•••

Lyphionim przewertował kolejna księgę w poszukiwaniu odpowiedniej inskrypcji. Potrzebował przysięgi milczenia lub podobne jej zaklęcie, lecz miał problem by cokolwiek takiego znaleźć. Oczywiście starzec miał gdzieś wszystkie kluczowe zaklęcia w języku bogów, jedynie to „gdzieś” chwilowo było bliżej nie określone.
Niestety pierwsza mowa była na tyle archaiczna, że nawet on miał problem ze złożeniem trudniejszych zdań. Ledikanie zwykli używać jednego z jej młodszych dialektów i to z reguły jako ułatwienie do władania mocą. Rzadziej przysięgali w nim i konwersowali między sobą, chronieni przed uszami postronnych. Weliach był językiem z o wiele mniejszym wpływem na moc niż pierwsza mowa, co sprawiało, że w nim można było skłamać. Pierwsza mowa z kolei bezpośrednio kształtowała energię i to czyniło ją niezwykle potężną.
— Whisper, wiesz może gdzie zostawiłem księgę z głównymi inskrypcjami? — gundalianin zwrócił się do białej kulki leżącej na niewielkiej poduszeczce. Bakugan dopiero po dłuższej chwili rozwinął się z ziewnięciem i rozejrzał po pomieszczeniu. Gdy odnalazł zgubę, odezwał się, a jego głos brzmiał jak kilka nakładających się na siebie szeptów. Zrozumienie go wymagało naprawdę dużo wprawy, która na szczęście Lyphionim posiadał.
— Ciepło.
— Whisper... Musisz? — gundalianin mruknął z niezadowoleniem.
— Nam obu przyda się trochę rozrywki — odparła istota, co jej towarzysz skwitował westchnieniem i przewróceniem oczami. — Zimniej. Cieplej. Gorąco. Widzisz, jaki dobry jesteś w tą grę?
Mag prychnął pod nosem.
— Tak, tak, co powiesz na dzień wolnego, gdy już dokończymy sprawy z przyjaciółmi naszego Rena?
— Gorące źródła? — bakugan zdawał się być aż nadto zainteresowany propozycją.
— I trochę dobrego sholie* — dodał starzec, idąc do gości.
Będąc na miejscu, wszedł do pomieszczenia, jak zwykle nie od razu dając znać o swojej obecności i obserwował przez chwilę młodzież.
Gundalinie konwersowali w najlepsze wraz z jedną z ledikanek.
Miała ona mocno dziewczęcą urodę i siedziała za plecami Glenn’a, wplatając mu we włosy barwne piórka. Młody mag, z kolei, wydawał się być nieco zdezorientowany zaistniałą sytuacją i co chwilę niepewnie zerkał na Dayne. Jego aura nie była już tak chaotyczna i duża, jak poprzedniego dnia, co cieszyło starego ledikanina.
Pozostała dwójka gundalian zdawała się być już mniej interesująca. Żadne z nich nie miało predyspozycji by zostać naznaczonym, jednak aura zielonowłosej dziewczyny wyróżniała się nieco. Wskazywało to na jakąś nietypową zdolność, lecz Lyphionim był pewien, że nie jest ona jaszczurokształtną*.
W końcu jednak mag ukazał się młodzieży. Łuczniczka widząc go natychmiast lekko dygnęła.
— Witajcie — odezwał się spokojnie, uśmiechając się. — Nazywam się Lyphionim i jestem przywódcą Ledikan.

*sholie - gundaliański odpowiednik wina
** jaszczurokształtni - rasa gundalian, nie wyróżniająca się za bardzo wyglądem. Jej członkowie mają zazwyczaj trochę dłuższe, rzadziej masywniejsze rogi. Ich cechą charakterystyczną jest fakt, że potrafią przybrać postać jaszczura.

14 lipca 2017

VI Ledikanie

Neatianka naciągnęła cięciwę, przygotowując się do strzału i szybko poluźniła ją. Zadrżały jej dłonie, a nie mogła pozwolić sobie na błąd. Kosztowało by to życie Rena, a jego śmierć była ostatnią rzeczą jaką łuczniczka pragnęła.
— Dayna — szepnęła nagląco zaczajona obok niej gundalianka. Dzierżąc pewnie włócznie była gotowa do ataku, tak samo jak worg, czekający obok nich.
Nakreślony naprędce plan działania był prosty.
Wybuchająca strzała, miała zdezorientować demona, dając czas by włóczniczka i wilkor mogli do niego dopaść. Przy odrobinie szczęścia, Dayna powinna trafić wendigo jeszcze kilka razy.
Łuczniczka westchnęła i naciągnęła ponownie cięciwę. Strzała ze świstem przecięła powietrze. Eksplodowała. Potwór zachwiał się, lecz tylko na chwilę odwróciło to jego uwagę. Gdy się otrząsnął, wilczur był już przy nim. Alfa z impetem uderzyła w przeciwnika. Bestie przetoczyły się po ziemi i z dzikim warkotem natarły na siebie. Powietrze przecięły kolejne strzały. Część chybiła, a przewaga mniejszego zaczęła się ujawniać. Wendigo był wolniejszy. Zawył, czując włócznie w swojej łapie. Kłapnął szczekami na oślep. Chybił. Wilkor wpił się w jego kark. Demon wyszarpnął się gwałtownie, kosztem płatu własnej skóry. Nie miał innego wyjścia. Uciekł.
— Zostań — szybkie polecenie, powstrzymało wilkora przed pogonią.
Stworzenie z obrzydzeniem wypluło skórę wendigo i rozłożyło się wygodnie na ziemi, pozostając czujnym. Drugi demon mógł wrócić, a on nie miał ochoty dłużnej z nim walczyć. Wilk zerknął też na swoją zaklinaczkę, ciekaw czy otrzyma kolejne polecenia.

•••

Dayna podbiegła do Rena i odetchnęła z ulgą, przekonawszy się, że gundalianin żył. Mimo to dziewczyna musiała sprawdzić jak wiele szkód wyrządził mu potwór. Położyła dłoń na torsie Krawlera i zamknęła oczy. Tak jak uczyła ją ciotka, skupiła się, posyłając odrobinę energii w głąb jego ciała. Moc rozlała się wzdłuż mięśni, pozwalając mentalnie dostrzec ich strukturę. Wniknęła głębiej i dopiero wędrując po kościach odnalazła obrażenia. Połamane żebra. Prócz nich neatianka wyczuła też echo utkanego na piętce zaklęcia. Było zbyt słabe by ochronić generała, lecz z pewnością zneutralizowało część siły demona.
— Co on by bez ciebie zrobił, Linehalt — szepnęła i utkała zaklęcie, które unieruchomiło młodzieńca. Skończywszy, ściągnęła wilczą czaszkę z głowy i otarła pot z czoła. Nie lubiła, gdy włosy lepiły się jej do twarzy.
Jak na neatiankę przystało, Dayna sprawiała wrażenie delikatnej i wątłej, a jej zielone oczy pozbawione były białek i źrenic. Tylko kolor włosów dziewczyny znacząco odbiegał od typowego kanonu urody. Tylko nieliczni mieszkańcy Neati mogli pochwalić się tak ciemnymi, brązowymi włosami.
— Manami, co z resztą? — zapytała łuczniczka.
— Żyją, jeden rzyga — odparła od niechcenia gundalianka, widocznie nie interesując się przyjaciółmi Rena.
— Dzięki za współczucie — mruknął sarkastycznie Neva, nadal trzymając się za brzuch.
Wygnana wzruszyła ramionami, w przeciwieństwie do przyjaciółki, nie ściągając swojej maski. Była wysoka i wysportowana, przez co sprawiała wrażenie zdolnej do samodzielnego rozprawienia się z demonem. Bez wątpienia gundalianka była też od nich wszystkich starsza. Tylko kolor włosów dziewczyna miała łudząco podobny do Leny, lecz nią na pewno nie była.
— Niedługo przybędzie wsparcie — poinformowała wszystkich Dayna, wypuszczając kruka z naprędce napisaną wiadomością.
— Wsparcie dla was — zauważył celnie Neva, natychmiast otrzymując od Glenna dźgnięcie w bok. — Ał, za co?
— Nawet na łożu śmierci masz zamiar rzucać ciętymi ripostami? — syknął poeta, posyłając mu gniewne spojrzenie. Nie ufał on obu wojowniczką, ale wiedział, że wszyscy są zdani na ich łaskę. Sami nie wiedzieli by nawet w którą stronę iść.
— Nie skrzywdzimy was — zapewniła neatianka, chodź wątpiła by jej uwierzyli.

•••

Lydia weszła do nie dużego pomieszczenia, przeznaczonego wyłącznie dyżurującym uzdrowicielom. Mieli tu wszystko czego mogli by potrzebować, włącznie z aneksem kuchennym, leżanką i niewielką łaźnią. Pokój ten był poniekąd centrum ich życia, a leki i jedzenie dla pacjentów przygotowywano gdzie indziej, dzięki czemu zawsze można było tutaj wypocząć.
— Herbaty? — zapytał kobietę gundalianin, również mający przerwę. Feral był szczupłym, ale dobrze zbudowanym mężczyzną. Miał też kilka blizn, w tym jedną przecinającą linię żuchwy po lewej stronie ust.
— Poproszę — neatianka posłała mu ciepły uśmiech, pytając — W bali jest czysta woda?
— Tak, ale to ostatnia partia. Dałem już znać by napełnili nam zbiornik.
— Asam, znów marudził? — neatianka nie przerywając konwersacji, weszła do pomieszczenia obok i zaczęła pozbywać się brudnych ubrań.
— To w jego kwestii jest naprawienie w końcu tego wodociągu i zabezpieczenie by nie przeciekał przy pierwszym lepszym uderzeniu. Jak tak dalej pójdzie, to nigdzie nie będzie bieżącej wody.
— Mogli by też uczyć latać gdzie indziej — stwierdziła Lydia zanurzając się w ciepłej wodzie, co natychmiast ją odprężyło. Od zawsze uwielbiała obecność swojej domeny.
— Wiesz jakie są dzieciaki — kontynuował uzdrowiciel. — Niezależnie jak daleko je zabierzesz, wrócą i będą latać między podporami. Twój Ren nie był inny.
— Ale Rozalli, częściej tu bywała — neatianka celnie dopiekła towarzyszowi.
— No po mnie bystrości nie odziedziczyła.
— Czyżby? — słowa gundalianina zakwestionowała inna uzdrowicielka, w idealnym momencie się pojawiając. — A mam ci przypomnieć osobistość jaką był twój ojciec?
— Nie musisz, kochanie, jednak twoja strona też nie jest bez winy. — Feral zaczął się sprzeczać z żoną.
Lydia odpuściła sobie dalsze uczestnictwo rozmowie, wiedząc, że małżeństwo może tak godzinami. Czasem brakło jej takiego dialogu w jej własnym związku, chociaż częściej chodziło o sam fakt rozmowy. Mąż neatianki nie był zbyt gadatliwą osobą, a wręcz odzywał się tylko wtedy, gdy uznawał to za konieczne. Mężczyzna za to, o wiele bardziej ulubił sobie drogę mentalną, często zasypując żonę setkami myśli nieukształtowanych w słowa. Ten sposób był bardziej precyzyjny, niż komukolwiek mogło by się wydawać, niestety Rion porozumiewał się tak tylko z Lydią. Nawet w tym momencie, kobieta odczuwała jego zaniepokojenie, chociaż nie była pewna czy to nie jest jej własne przeczucie.
— Neru, też odnosisz wrażenie, że stało się coś złego? — uzdrowicielka spytała pomagającego jej bakugana. Aquos o humanoidalnej postaci przyjrzał się jej uważnie.
— Już wszystko jest dobrze — odpowiedziała zagadkowo istota, co jej opiekunka skwitowała westchnieniem.
— Bardzo mnie uspokoiłaś — rzuciła ironicznie neatianka, tracąc resztę ochoty na kąpiel. Wycisnęła wodę ze swoich czarnych włosów i sięgnęła po ręcznik by się osuszyć. W między czasie nie zwróciła uwagi, że rozmowy obok ucichły, a gdy wyszła, ujrzała czekającego na nią męża i dwóch zaniepokojonych uzdrowicieli.
— Posłuchaj, Lydio — zaczęła niepewnie żona Ferala. — Wendigo połamał kilka żeber Renowi. Opatrzyłam go już, leży w siódemce. — Gundalianka starała się jak najkrócej przekazać najistotniejsze informacje, nie wiedząc, że ubiegł ją Rion ze swą myślą i faktem, który tamta pomineła.
— Dziękuję, Meler — kobieta zdecydowanie zbyt spokojnie przyjęła złą wiadomość. Nie było tajemnicą, że byłaby skłonna zabić w obronie swojej rodziny, a neatianki bywały szczególnie uparte.
— Wszystko dobrze? — spytał niepewnie Feral.
— Tak, pójdziemy do niego — Lydia uśmiechnęła się słabo i złapawszy męża pod ramię poszła do syna.
— Nie kombinuj jak się dostać do pałacu by być przy nim. — Rion bezbłędnie odgadł myśli żony — Narazisz się i sprawisz, że Ren będzie się dodatkowo martwił.
— Dobrze wiesz co z chęcią zrobiłabym osobie, która go odtruwała.
— Bardzo długą listę niewątpliwie bolesnych rzeczy. Sądzę, że młody sam ogarnie coś równie nieprzyjemnego. — Mężczyzna ucałował uzdrowicielkę w policzek, na co ona przewróciła oczami.
— Oni naprawdę grali w papier kamień nożyce, żeby wylosować kto mi to powie?
Gundalianin skinął głową w odpowiedzi.
— Wściekła, bywasz bardzo impulsywna.
Neatianka westchnęła, odsłaniając materiał grodzący wejście do pokoju, w którym leżał młody Krawler.
— Jest dobrze, kochanie — szepnęła, Lydia siadając obok gundalianina. Młodzieniec na wpół się przebudził, więc kobieta zaczęła nucić głaszcząc go uspokajająco po głowie.


Cast away your worries, my dear
For tomorrow comes a new day
Hold to me, you've nothing to fear
For your dreams are not far away

As you lay your head and you rest
May your dreams take over my love
Listen close, my son of the west
For your destiny lies above

Though the world is cruel
There's a light that still shines
In the darkest days of our lives

When all hope seems lost
And you can't find your way
Think of me as you look to the sky

Tą kołysanką neatianka często usypiała Rena, kiedy jeszcze był dzieckiem. Chodź  wolałaby spędzić z nim trochę czasu, wiedziała, że będzie lepiej jeżeli młodzieniec zaśnie. Genrał Darkusa nie bardzo mógł się poruszać. Magia uzdrawiająca, wbrew wszelkim mitom, potrzebowała trochę czasu by w pełni się przyjąć w organizmie. Skutkowało to tym, że przez jakiś czas zaleczoną ranę trzeba było traktować, jak tą nie leczoną magicznie.
— Hej, Rion — zagadnęła kobieta. — Pamiętasz dzień, w którym go przygarnęliśmy?

•••

Lydia rozprawiała z Lyphionim’em o różnych aspektach magi, gdy do gabinetu mężczyzny wszedł Krawler. Początkowo zignorowała męża, sądząc, że przybył jedynie postać z boku, jak miał w zwyczaju. Jednak tym razem Rion, nerwowo przestępował z nogi na nogę, dając tym samym do zrozumienia, że ma pilną sprawę. Lecz dopiero zaciekawione spojrzenie starca nakłoniło neatiankę do spojrzenia za siebie. Zdumiała się, widząc, trzymaną przez mężczyznę, niewielką istotkę, ciasno obwiniętą własnymi skrzydłami. Wśród fioletowych piór nie dało się dostrzec ich właściciela i dopiero, gdy kobieta przejęła stworzonko, uchyliły rąbka tajemnicy. Kilkuletni gundalianek odruchowo poprawił się w ramionach Lydi i ponownie zamknął się  w swoich skrzydłach.
— Jaki malutki — szepnęła uzdrowicielka. — Rion, skąd go wziąłeś?
— Znalazłem głęboko w tunelach — odparł mężczyzna. — Obok siedział jego patronus*. Twierdził, że jego rodzina  poświęciła życie by go chronić i prosił byśmy zaopiekowali się chłopcem.
— To będzie niewątpliwie trudne zadanie — zauważył Lyphionim, walcząc z pokusą dokładniejszego obejrzenia skrzydeł dziecka. — Jego rodzice musieli być naprawdę silnymi magami. Pierwszy raz widzę by ktoś miał tak wcześnie skrzydła**, a to dziecko nie może mieć więcej niż sześć lat***.
— Rion, wiesz jak ma na imię? — neatianka, w przeciwieństwie do starca, była bardziej zafascynowana dzieckiem, niż jego magicznymi zdolnościami.
— Ren — zamiast Krawlera, kobiecie odpowiedział siedzący na oknie nienaturalnie wielki kruk. Istota zdawała się być częściowo niematerialna i nagle straciła kształt, by jako smuga energii przemieścić się na oparcie jednego z krzeseł.
Lydia spojrzała niepewnie na ptaka, a potem na śpiącego chłopca. Chciała przygarnąć to dziecko, mimo trudności jakie mogło sprawiać. Uzdrowicielkę zbyt mocno kusiła wizja posiadania, własnego dziecka, którego ona, będąc w związku z gundalianinem, nie mogła posiadać.
— Rion, my go przygarniemy? — spytała męża z nadzieją, a ten skinął głową. Neatianka uradowana przytuliła Ren i ukołysała go, gdy zaczął się przebudzać. Mimo tego mały obudził się i zaspanym wzrokiem powiódł po wszystkich.
— Kim jesteście? Gdzie mama? — wystraszony gundalianek, spróbował wyrwać się z ramion kobiety, która próbowała go uspokoić.
Dopiero stanowczy głos kruka, sprawił, że dziecko zamarło w bezruchu i spojrzało w jego kierunku.
— Ren, od teraz będzie opiekować się tobą pani Lydia. — Ptak ruchem głowy wskazał uzdrowicielkę. — Ja pozostanę z boku i również będę cię strzegł.
— Ale czemu? Gdzie rodzicie? Co z Yuji’m? — Chłopiec zaczął zadawać więcej pytań, coraz bardziej przy tym panikując.
— Musieli cię tutaj zostawić byś nie podzielił ich losu. — Chodź stworzenie nie powiedziało całej prawdy, Ren domyślił się co przydarzyło się jego rodzinie. Momentalnie wyrwał się z objęć i zalewając się łzami, zaczął uciekać.
Neatianka natychmiast pobiegła za nim, znajdując dziecko piętro wyżej, skulone w kącie.
— Chodź tu do mnie. — Kobieta zagarnęła gundalininka na swoje kolana i przytulając go, zaczęła nucić kołysankę, którą potem śpiewała mu dosyć często.

•••

— Które z was wymiotuje? — spytał Feral, wchodząc do pokoju gości. Chodź żadne z nich nie odpowiedziało mu na pytanie, gundalianin wiedział do kogo przyszedł. Pobladły Neva siedział skulony pod ścianą, a jego skóra błyszczała się od potu. Z pewnością dolegało mu coś więcej niż zwykła niestrawność, wywołana lękiem. Uzdrowiciel od początku podejrzewał zatrucie, ale nie mógł mieć pewności, dopóki nie dowie się więcej. Kleknął więc przy młodszym i sprawdził czy ten nie ma gorączki.
— Co ostatnio jadł i kiedy? — spytał Feral, kontynuując oględziny.
— Prowiant, który przynieśliśmy z zewnątrz. Sama przygotowywałam i na pewno wszystko było z nim w porządku — odpowiedziała Zenet, bacznie obserwując każdy ruch obcego.
— Tutaj udało nam się znaleźć jedynie Azaps Asasowaty — dodał Glenn przysiadając obok przyjaciółki. — Jednak nadal utrzymuję, że smakował jakoś inaczej.
— I wasz kolega zagarnął dla siebie całą pestkę? — gundalianin uśmiechnął się pobłażliwie, bezbłędnie odtwarzając przebieg wydarzeń.
— Skąd pan wie?
— Azaps tutaj nie rośnie — mężczyzna odpowiedział na pytanie Surrow.  — Zamiast niego mamy tu roślinę, do której jest łudząco podobny.
— Mamy przez to rozumieć, że wszyscy się otruliśmy? — dopytał zaniepokojony szlachcic, na co mag pokręcił głową.
— Asasa ma jedynie trującą pestkę — zapewnił. — Jednak jeśli poczujecie się gorzej, to powiadomcie kogoś z nas. Któryś z uzdrowicieli na pewno was odwiedzi. Rozali!
— Tak, tato? — Z korytarza wyszła gundalianka o purpurowych włosach, ubrana w prostą sukienkę. Nie mogła mieć więcej niż pięćdziesiąt trzy lata, chodź ziemianie dali by jej zaledwie szesnaście lub siedemnaście.****
— Przekaż proszę Sligai’emu, by przegotował i dostarczył ziół na zatrucie Asasem oraz mieszankę z liesiosu i meriasy***** dla pozostałej dwójki.
Dziewczyna skinęła głową i pobiegła wypełnić polecenie, a uzdrowiciel wykonał niezrozumiały gest dłonią nad brzuchem Vidama, zmuszając go do zwrócenia kolejny raz zawartości żołądka.
— Dostanie odpowiednie leki i szybko wydobrzeje — poinformował Feral, wychodząc. — Przypilnujcie by chłopak nie wstawał do mojego powrotu.

•••

Jesse kolejny raz westchnął i okrążył ich tymczasowy pokój. Nie można było tego nazwać hotelem, ale nie była to również cela. Ot, proste pomieszczenie z drewnianą podłogą i kilkoma szafkami. Na wyposażeniu mieli jeszcze kilka obitych futrem poduszek, służących do siedzenia i niezbyt miękkie posłania. Chodź szlachcic spodziewał się, że trafią gorzej, ten dzień i tak go całkowicie przerastał.
Sama podróż do Podziemi, potem Lyphionim i jego oferta. Wszystko zdawało się iść dobrze, ale pojawił się demon i nagle okazało się, że nic nie jest takie jak myśleli. Wygnańców, czy jak woleli się nazywać - ledikan, wcale nie była garstka. Byli dość sporom, dobrze zorganizowaną społecznością. Mimo kościanych masek, dało się dostrzec wśród nich nie tylko urodę charakterystyczną dla różnych regionów Gundali, ale też przedstawicieli neatian.
Widząc ich Neva i Zenet, natychmiast ustąpili pola Glenn’owi sądząc, że jako mag prędzej się z nimi dogada. Poeta mógł jednak zrobić niewiele. Zdawać by się mogło nawet, że jego pochodzenie stawia go na gorszej pozycji od reszty. W końcu to szlachta najbardziej piętnowała magów, którymi ledikanie niewątpliwie byli. Wielu z naznaczonych jasno dawała do zrozumienia, że przyjaciele Rena są intruzami. Wystarczył jeden niewłaściwy ruch by pożegnać się z życiem, dlatego drużyna się poddała, nie protestując nawet, gdy gdzieś zabrano Krawlera, a ich zamknięto. Gundalianie mogli jedynie czekać na niepewną przyszłość.
— Jess, jak i tak nie masz co robić, to załatw coś do jedzenia — mruknęła znudzona Zenet, z braku lepszego zajęcia, bawiąc się włosami śpiącego Vidama.
Gundalianin ponownie westchnął, nie siląc się tłumaczenie, że nie czuje się osobą, której by wygnańcy chcieli słuchać. Wcześniej nie zaprotestował, więc musiał trzymać się niewerbalnie przyznanej mu roli.
Sama jego obecność na niższym piętrze, zwróciła uwagę strażników, chodź poeta śmiał twierdzić, że w żaden sposób nie dał znać o swojej obecności.
— To takie urocze jak początkujący nie kryją aury, co nie Rion? — odezwał się jeden z gundalian, pytając o poparcie towarzysza. Tamten jednak go całkowicie ignorował, skupiony na następnym ruchu w jakieś grze. Bardziej gadatliwego strażnika to nie zraziło. Mężczyzna zbliżył się do zdezorientowanego Glenna, bacznie się mu przyglądając.
— Ktoś tu dostał nasze magiczne kamyczki.
— Shiro, skończ robić z siebie debila i daj dzieciakowi spokój — odezwał się drugi gundalianin, robiąc jakiś ruch i rozdając kolejne karty.
— Łał, Rion Krawler raczył się odezwać — rzucił sarkastycznie Shiro. — Już myślałem, w ogóle gęby nie otworzysz.
— Nie mam zwyczaju prowadzić nieistotnych rozmów, tym bardziej z idiotami — odgryzł się tamten, nie okazując żadnych emocji.
— Nie chcę panom przeszkadzać — do rozmowy wtrącił się szlachcic. — Jednakże chciałbym poprosić o jedzenie dla mnie i moich towarzyszy. Jeśli to możliwe to chcielibyśmy też wiedzieć co się dzieje z Renem. — Pytając o przyjaciela, Jessy skierował spojrzenie na mężczyznę noszącego to samo nazwisko co generał.
— Ren jest w dobrych rękach i za kilka dni wydobrzeje. Zanim spytasz, tak, jestem jego przybranym ojcem — Rion odpowiedział na niezadane pytanie, a
 drugi strażnik w międzyczasie wyszedł.
— Domyślam się... Co to za gra? — zapytał poeta, nie chcąc doprowadzić do niezręcznej ciszy.
Krawler wskazał mu miejsce naprzeciwko siebie i zaczął tłumaczyć zasady. Po krótkim czasie do gundalian dołączyła również zniecierpliwiona Surrow, która ową grę znała. W ten sposób rozpoczęła się naprawdę wciągająca partia.

~~

*Patronus - istota magiczna, której celem istnienia jest wspieranie swojego pana. Powstaje, gdy ktoś nawiąże bliska relację ze stworzeniem zdolnym do posługiwania się mocą. Jego siła zależy od tego z jakiej istoty powstał i jak silne związany jest ze swoim mistrzem, przez co zdarza się, że pomniejsze istoty zostają bakuganami. Czasem w patronusy zmieniają się wymyśleni przyjaciele i bywa, że stworzenie to zmieni mistrza przechodząc na kolejne pokolenie.
**Skrzydła posiadają jedynie wprawieni magowie i to nie wszyscy.
***Gundaliańskie dzieci mniej więcej do dwudziestego roku życia wyglądają na dwa razy młodsze niż są. Mentalnie są nieco dojrzalsze niż wskazuje na to ich wygląd.
Ren w momencie znalezienia go przez Riona, ma sześć lat, wygląda na trzy, a zachowuje się jak cztero lub pięciolatek.
**** Po ukończeniu przez gundalianina dwudziestego roku życia, starzeje się on z wyglądu o rok, w przeciągu około pięciu i pół roku. Jednak im ktoś jest starszy tym trudniej na tej podstawie określić jego wiek, dlatego gundalianie kierują się przy tym praktycznie tylko wzrostem. Członkowie tego narodu dożywają nawet 470 lat, rosnąc przez całą długość swojego życia. (Dlatego Nurzak jest tak wysoki)
*****meriasa - gundaliański odpowiednik melisy.

Rozpiska wieku części gundalian którzy pojawili się w opowiadaniu:

Postać
Wiek faktyczny
Wygląda na lat:
Ren Krawler
77
21
Jesse Glenn
86
23
Zenet Surrow
73
20
Neva Vidam
67
19
Mason Brown
74
20
Lena Isis
80
21
Rozali
53
16-17
Lyphionim
384
?
Nuzak
318
?

~~
W końcu udało mi się przebrnąć przez ten nieszczęsny szósty rozdział i tu pragnę podziękować Joanne, bez której pomocy bym go nie zdołała skończyć.
Specjalnie dla Ciebie mam arta z Glenn'em.


Jeszcze raz dziękuję!

  Jeśli któraś z tych moich definicji byłaby nie do końca jasna, to postaram się w komentarzach naprostować co miałam na myśli.
Do zobaczenia!


18 kwietnia 2017

V Wendigo

Zaczynało się powoli ściemniać, chodź ciężko było stwierdzić, czy to była kwestia późnej godziny, czy terenu przez który gundalianie musieli przejść. Każdy najmniejszy szmer napawał lękiem w nieznanym i dzikim świecie, a uboższa roślinność również nie wróżyła nic dobrego. Mimo to musieli tamtędy iść, w końcu znający teren Ren powinien wiedzieć którędy muszą podążać. Zastanawiającym był jednak fakt, że Krawler na powrót nie wybrał tej samej drogi co wcześniej.
— Ren, na pewno idziemy w dobrą stronę? — głos Zenet, gwałtownie wyrwał generała z zamyślenia, uświadamiając go tym samym w fakcie, że od dłuższego czasu nie patrzy nawet gdzie idzie.
Młodzieniec nieumyślnie wyprowadził swoją drużynę w przypadkowy fragment Podziemi, zdecydowanie zbyt daleko od wyjścia niż powinni być.
— Przepraszam, zamyśliłem się — przyznał niechętnie, gotów przyjąć krytykę od przyjaciół. Ta jednak nie nadeszła.
Gundalianie stali sparaliżowani, z przerażeniem przyglądając się czemuś co stało za Renem. Krawler również zamarł czując na karku cuchnący oddech bestii. Nie miał wątpliwości, że stoi zanim najprawdziwszy w świecie demon, dodatkowo będący od niego większy. Do gundalianina dotarło, że mimo swojej dotychczasowej pewności, nie jest w stanie obronić ani siebie, ani swoich przyjaciół. Potwór mógł go rozszarpać z niezwykłą łatwością i nie był w stanie nic z tym zrobić. Młody generał był głupi sądząc, że jest w stanie zapewnić drużynie bezpieczeństwo. Bestia przecież nie musiała go nawet znać. Mogła zrodzić się podczas nieobecności Krawlera, czyniąc tym samym zapewnienia młodzieńca bezużytecznymi.
„Czyżby ktoś przecenił swoje umiejętności?” — Ren usłyszał w swoim umyśle pełen rozbawienia, głos istoty, a właściwie poczuł posłaną mu myśl wraz z towarzyszącą mu emocją. Młody generał odetchnął z ulgą, rozpoznając monstrum czyhające na jego życie.
„Nie strasz mnie tak więcej i jak sądzę chcesz mojej krwi?” — Gundalianin odezwał się do demona w ten sam sposób jak ten do niego. Potworowi w ten sposób było łatwiej się porozumieć, niż jakby miał mówić swym rzeczywistym głosem. Samo wymówienie słów stanowiło problem, a ich zrozumiałość była kolejnym.
„Na cholerę mi krew pozbawionego sił bachora?” — tym razem dało się słyszeć faktyczny śmiech demona. Gardłowy odgłos sprawiał wrażenie jakby stworzenie się dławiło.
Krawler wzdrygnął się, gdy zrozumiał, że istota jest świadoma jego słabości.
„Za to twoi znajomi wyglądają smakowicie” — stwór z satysfakcją przyjął gniewne spojrzenie generała i gdyby mógł to uśmiechnąłby się paskudnie. Niestety czaszka stawiąca jego łeb nie była zdolna do zmiany kształtu. Rozgałęzione rogi i wielkie kły sprawiały, że kość przypominała skrzyżowanie głowy jelenia i wilka.
— Wendigo — Ren syknął, widząc jak demon go wymija zbliżając się do jego towarzyszy. Długi kościany ogon potwora ciął powietrze niczym bat. Pazury przednich łap stwora ryły w ziemi, gdy ten szedł w stronę Nevy, odciskając także racicę tylich nóg. Widok wychudłej istoty, pokrytej strzępkami skóry, mięśni i futra, wywołał u Vidama mdłości. Sparaliżowany dotąd chłopak zgiął się w pół i zwrócił swój ostatni posiłek. Zapach wendigo dodatkowo potęgował odruch wymiotny.
Potwór nachylił się nad klęczącym gundalianinem i oblizał jego kark wzdłuż świeżej blizny, wywołując nieprzyjemny, lodowaty dreszcz na jego ciele. Neva czuł jak jego granatowe włosy lepią się od śliny demona. Stwór dodatkowo wybrał miejsce niezwykle drażliwe dla chłopaka. Ślad biegnący niebezpiecznie blisko tętnicy, świadczący o tym jak blisko śmierci był Vidam.
Wendigo rozwarł paszczę, gotów zanurzyć kły w karku młodzieńca.
Ren musiał zareagować. Chwycił potwora za jeden z rogów i stanowczo pociągnął w tył. Pożałował.
Istota natychmiast przyszpiliła Krawlera do ziemi, wciskając mu powietrze z płuc.
„Naprawdę sądzisz, że masz aż tyle sił?” — wywarczał demon, oblizując się. Nie interesował go pisk Surrow, czy Glenn cucący Neve. Liczył się tylko Krawler siłujący się z potężną łapą.
„Powiedz, co się stało z tym dzieciakiem, który tak ochoczo pchał się z łapami do każdego demona, jak do jakiegoś domowego zwierzaczka. Który tak łatwo narzucał nam swoją wolę. Gdzie twoja magia, Ren? Gzie twoje przewspaniałe skrzydło twórcy, pozwalające na tą całą pieprzoną dowolność w używaniu energii? No dalej Ren. Spróbuj mnie zmusić, bym puścił ciebie i twoich przyjaciół.”
Wendigo coraz mocniej naciskał łapą na pierś generała, nie pozwalając mu nabrać powietrza. Niedotlenienie, ból i narastający strach obdzierały młodzieńca ze świadomości, wrzucając w nicość.
 „Byłeś głupcem, wracając tu nie mogąc się nam postawić”
Gundaliain zdołał usłyszeć jedynie huk, nim całkowicie pochłonęła go ciemność. Nie wiedział czy hałas wywołały jego pękające kości, czy coś innego.

Witam was z kolejnym rozdziałem!
Co prawda krótkim, jednak problematycznym. (Jakieś cztery razy zmieniałam wersje wydarzeń)

Powyżej macie mniej więcej jak wygląda wendigo w mojej wersji i musicie mi wybaczyć jakość tego zdjęcia, ale skaner postanowił się na mnie obrazić. Jak tylko będę mieć lepsze, to zmienię.
Pozdrowienia po Wielkanocy!

Edit: Obrazek zmieniony

25 marca 2017

IV Droga do ciemności

Odkąd dowiedzieli się kim jest Linehalt, każdy z gundalian bał się powiedzieć cokolwiek. Pochodzenie bakugana, pierwsza mowa i magia zdecydowanie należały do rzeczy, o których lepiej było nie słyszeć. Najbezpieczniej było gdy to wszystko pozostawało w sferze legend, w które i tak nikt nie wierzył.
Ren, dla którego to było jak najbardziej naturalne i prawdziwe, również wolał nie zagłębiać się w te tematy. To właśnie on najbardziej był świadom, jak wiele tajemnic Podziemi nie może wyjść na światło dzienne. Krawler nie bez powodu na towarzyszy wybrał gundalian, których darzył największym zaufaniem, ale nawet im nie mógł pokazać zbyt wiele. Świat, z którego pochodził, był o wiele bardziej niebezpieczny niż komukolwiek mogłoby się zdawać. Gundalia i Neatia otrzymały już pokaz tego jakie zagrożenie potrafi nieść pradawna moc zamknięta w tamtym miejscu.
Nawet droga prowadząca do Podziemi nie była zbyt bezpieczna. Rozległe terytoria demonów i podziemne labirynty mało komu pozwalały przedrzeć się żywemu, stanowiąc równocześnie idealne miejsce do zsyłania wygnańców. Wyrok, który brzmiał w pewien sposób przychylnie, oznaczał śmierć.
Władza Gundali nadal nie była w stanie poradzić sobie z samosądami, głównie jeśli przewinienia miały charakter magiczny. To właśnie za władanie mocą najczęściej porzucano gdzieś na demonicznych pustkowiach, uważając, że naznaczeni są w stanie poradzić sobie w starciu z demonem.
Jedną z takich egzekucji drużyna Rena miała okazję minąć.
Związany mężczyzna otrzymał cios w twarz, śmiąc błagać o litość. W tej sytuacji mógł jedynie liczyć, że potwory szybko go nie odnajdą, lecz stado czarnych ptaszysk nie wróżyło nic dobrego.
Przelatujący w oddali gundalianie, żałowali, że nie są w stanie pomóc wygnańcowi. Niestety zbyt wiele by ryzykowali tak śmiałym posunięciem.
— Nie powiecie nikomu, prawda? — spytał Jesse, zbyt doskonale świadom, że jego również może czekać taki los. Jeden fałszywy ruch, a przestanie się liczyć nawet jego szlachetne urodzenie. Poeta nie chciał dzielić losu wygnańca, jednak w momencie gdy odkrył, że jest naznaczony nie było już odwrotu. Glenna pocieszał jedynie fakt, że nie jest jedynym kto ukrywał magiczny sekret. Mógł rozpoznać kto również włada magią i wiedział, że takich jest wielu.
— Nie, choćby dla własnego dobra — stwierdził Neva, starając się nie ukazać żadnych emocji. — Ale uprzedzam, stary Brown będzie nas wszystkich przesłuchiwał. Może poza tobą, Ren — dodał na koniec.
Krawler westchnął. Już wcześniej się domyślał, że Vosrix będzie próbował zastraszyć któregoś z jego przyjaciół. Mężczyzna wybrał najsłabsze ogniwo całej grupy. Vidama, którego teoretycznie najłatwiej było wyłamać. Gundalianin był młodszy od nich o kilka lat i nie przeszedł w tej drużynie tyle co reszta. Był jednak wystarczająco z nimi z zżyty by nikogo nie zdradzić, a o zdrajców było niezwykle łatwo.
— Wiedziałem, że nawet będąc na bezludziu się od niego nie uwolnię — westchnął Ren. — Proszę, nie mówcie zbyt wiele o tym co zobaczycie. Brownowie powinni wiedzieć jak najmniej.
— Nie powiemy — obiecała pewnie Zenet, chwytając dłoń przyjaciela. — Tylko Ren, wiesz, że on w końcu pozbawi cię stanowiska i to w sposób, którego byś nie chciał.
— Brown cię nienawidzi — dorzucił Vidam, posyłając generałowi zazdrosne spojrzenie, które umknęło Surrow.
— Zdążyłem zauważyć — mruknął beznamiętnie Krawler. — Po tym jak otrzymałem to stanowisko, nie było narady, na której nie próbowałby mi umniejszyć. Przynajmniej pozostali generałowie są mi bardziej przychylni. Tylko nawet oni nie ukrywają, że woleliby na tym stanowisku, kogoś lepiej urodzonego od wygnańca. — W ostatnich słowach gundalianina dało się słyszeć wyraźną gorycz. Warunki w jakich się wychował niewątpliwie nie należały do dobrych i często stanowiły istotną przeszkodę. Nie raz pogardzano Renem i jego zdaniem, tylko ze względu na jego pochodzenie. Młody Krawler niczym sobie nie zasłużył na zsyłkę do Podziemi, nawet będąc dzieckiem jakim tam trafił.
— Ren, ktoś cię potraktował jak tamtego mężczyznę, którego mijaliśmy? — spytał niepewnie Glenn, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. Poeta nie wiedział nawet, jak bardzo tamten docenił ten gest.
— Nie... Byłem dzieckiem, kilkuletnim... Rodzice pozostawili mnie w tunelach licząc, że odnajdą mnie Strażnicy Podziemi i przetrwam. Oni sami pewnie zginęli niewiele później... — Ren spochmurniał, mimowolnie przypominając sobie dzień, w którym stracił rodzinę. Wolałby zapomnieć to zdarzenie, a pamiętał je o wiele lepiej niż cokolwiek inne.

***
Czuł ciepło pochodzące od twardego ciała mężczyzny, a równomierne kroki skutecznie kołysały do snu. Było jednak coś jeszcze, coś czego zamglony zmęczeniem umysł nie dopuszczał do świadomości.
Zdawało się to chłopcu całkowicie nie istotne, w końcu zamknięty w ramionach ojca był bezpieczny. Zamiast tego dziecko wolało zastanawiać się nad znaczeniem czarnych wzorów zdobiących tors jego rodzica. Inni zawsze wzdrygali się na widok tych znaków, chociaż ich strach mógł wzbudzać sam mężczyzna. Ojciec chłopca był postawny i o wiele silniejszy od każdego kogo dane było mu spotkać.
— Tato, gdzie idziemy? — spytało sennie dziecko, bawiąc się długimi włosami rodzica.
— W bezpieczne miejsce. — Mężczyzna z uśmiechem odgarnął niesforne pasmo zbrojoną w łuskowatą rękawicę dłonią. Wydawał się być niespokojny.
— A gdzie mama? — kolejne pytanie wydobyło się z ust dziecka. Maluch zdecydowanie bardziej był przywiązany do swojej matki i to z nią spędzał więcej czasu. Jego ojciec często znikał, a gdy wracał miał w sobie coś co niepokoiło nawet jego syna, chodź ten nigdy nie zaznał od niego krzywdy.
— Tutaj, słonko — drobna kobieta jak na zawołanie wyszła za pleców męża i ucałowała swoje dziecko w głowę. — Jestem tutaj.
Malec z uśmiechem zmrużył oczy i wtulił się w ojca, nieświadom tego co go zaraz czeka. Tego dnia po raz ostatni widział swoich rodziców.

***
— Następnym razem ty go niesiesz, Jesse — fuknął Neva, poprawiając podskokiem Krawlera, którego miał na baranach. Gundalianin zasłabł tuż przed wejściem do podziemnego labiryntu, a Vidam został zmuszony nieść go. Tunele były zbyt wąskie by pomieścić bakugana w jego pełnej formie.
— To ty tu jesteś osiłkiem — zauważył Glenn, odruchowo zerkając do swojej książki. Półmrok jednak skutecznie zniechęcił go do lektury. Lampa, którą posiadali, dawała zdecydowanie zbyt mało światła.
— W tych warunkach do wierszyków nie uciekniesz — zakpił najmłodszy z gundalian, z satysfakcją otrzymując mordercze spojrzenie poety.
— Poza tym, Jesse, nie widzę by tu pisało „Słownik ciętych ripost” — drażnienie Glenna kontynuowała Zenet, nachylając się tak by móc spojrzeć na okładkę.
Szlachcic westchnął z rezygnacją. Wiedział, że potyczki słownej z takim duetem nie wygra, więc przeszedł na przód kolumny, unikając konfrontacji.
Zmęczony Linehalt korzystając z okazji przysiadł na ramieniu szlachcica. Bakugan w tej chwili był jedynym kto mógł przeprowadzić ich przez labirynt. Niestety nie odzyskał jeszcze pełni sił.
— Nie obrażaj się tak od razu, Glenn. — Vidam udał urażonego i zaraz wyszczerzył się ponownie, ciesząc trochę luźniejszą atmosferą.
— Neva, mógłbyś mi się nie wydzierać prosto do ucha? — mruknął, kwasząc się Ren. Ocknął się, lecz nadal nie wyglądał zbyt dobrze. Niestety Surrow nie spostrzegła tego od razu.
— Ren! — wykrzyknęła dziewczyna, natychmiast znajdując się obok przyjaciela. — Lepiej ci? — spytała, lecz dopiero po chwili dostrzegła mizerność przywódcy.
— Nie podnoś głosu, proszę. — Generał skrzywił się jeszcze bardziej i skulił, mocniej przytrzymując się Nevy. Gundalianie wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia. Kolejne pogorszenie stanu Krawlera nie wróżyło nic dobrego.
— Nie powinieneś wyruszać na ta misję. — Glenn dotknął czoła przyjaciela, sprawdzając jego temperaturę. Gundalianin był wychłodzony, więc poeta ściągnął swój płaszcz i okrył go nim.
— Wracamy? — spytał Neva, patrząc na Jessego i Zenet. W tej sytuacji zdanie Rena maiło najmniejsze znaczenie, mimo jego rangi. Pozostali zbyt dobrze znali jego upartość, która momentami graniczyła z głupotom.
— Linehalcie, ile drogi zostało nam do Podziemi? — szlachcic zwrócił się do darkusa, odpoczywającego na jego ramieniu.
— Dziesięć, do dwudziestu minut marszu. — Bakugan zmartwiony przyglądał się swojemu wojownikowi. Wiedział, że Krawler musi dotrzeć do domu, bo tylko osoba z którą miał się spotkać mogła mu pomóc. — Bliżej nam do celu niż wyjścia. Poza tym, wszyscy będziemy mieć kłopoty, jeżeli wrócimy bez mapy.
— Linehalt, ma rację — przyznała nie chętnie Surrow, chcąca jak najszybciej wrócić do domu. — Gdy wyjdziemy z tuneli znajdziemy jakieś bezpieczne miejsce gdzie się wyśpisz Ren. — Gundalianka uśmiechnęła się do generała, co zaowocowało kolejnym zazdrosnym spojrzeniem Vidama. Tym razem dziewczyna je zauważyła. — A ciebie co znowu ugryzło, Neva?
— Nie ważne — mruknął gundalianin wyruszając w dalszą drogę.

***
Miejsce, do którego dotarli, zdawało się nie należeć do Gundali. Podziemia były mroczne, ale równocześnie posiadały o wiele bardziej bujną roślinność, niż reszta planety. Z kolei tutejsza aura miała w sobie coś niezwykłego i niepokojącego. Gundalinie byli gotowi rzec, że znajdują się pod Neatią, a nie ich rodzimą planetą. Z kolei celem ich podróży okazał się być ogromny kamienny filar, podtrzymujący strop jaskini, stanowiącej tą krainę. Skała była wydrążona tak by dało się w niej mieszkać, a każde pomieszczenie znajdowało się na innej wysokości. Drużynę, Ren zostawił w kuchni i mimo protestów Surrow, sam wspiął się łukowymi schodami na wyższe piętro.
Krawler tęsknił za tym miejscem i spokojem jaki miał, gdy już nauczył się tu żyć. Młodzieniec niejednokrotnie przeklinał się za ślepe podążanie za marzeniem, które oddaliło go od domu. Tak bardzo pragnął zobaczyć piękno zewnętrznego świata, że nie zatrzymał się widząc jego zepsucie. Gundalianin poddał się pustej obietnicy, która zwróciła go przeciwko bogini, którą powinien czcić.
Liv mogłaby tchnąć życie w Gundalie bez wojny. W końcu we wszystkich legendach przedstawiano ją jako niezwykle łagodną istotę i ci, którym dane było usłyszeć jej głos, mieli podobne odczucia. Niestety po konflikcie bogini odeszła, zachowując resztę swej mocy dla następcy, który według przepowiedni miał się niedługo objawić. Lecz umierająca planeta mogła nie dotrwać do tego czasu.
— Droga tutaj, zajęła nam zdecydowanie zbyt dużo czasu — mruknął do siebie Ren, docierając w końcu do biblioteki. Stare księgi, jak zawsze stały, równo poukładane na półkach, a stół, przy którym Krawler niejednokrotnie zasypiał, także nie zmienił położenia. Młodzieniec usłyszał w tym miejscu wiele niezwykłych historii i do dziś pamiętał, że niektóre z opowiastek Lyphionima były skutecznym lekiem na bezsenność. To tu młody generał zgłębiał wiedzę, której nie można było nabyć nigdzie indziej.
— Poradzę sobie, nie musicie się tak nade mną roztrząsać — mruknął gundalianin, z niezadowoleniem odwracając się w stronę przyjaciela, który przyszedł za nim. Nawet jeśli ufał Glennowi, niewskazane było by poeta spotkał jego mistrza.
— Wiem i nie dlatego tutaj przyszedłem. — Jesse spojrzał w stronę drzwi by upewnić się, że nikt nie przyszedł za nim. — Od dłuższego czasu chcę o czymś z tobą pomówić, aczkolwiek wiesz, że ściany lubią mieć uszy. Ren, wiem, że jesteś naznaczony tak jak ja. — Poeta obserwował Krawlera, niepewny jego reakcji. Nawet jeśli znali się długo, to  nie mieli jeszcze zbyt dużo okazji rozmawiać na ten temat.
— I co związku z tym? — spytał generał, mierząc szlachcica podejrzliwym spojrzeniem. W rzeczywistości nie przyglądał się mu, lecz jego mocy.
Wszyscy magowie byli w stanie dostrzec aury innych, ale tylko ci wprawieni potrafili wyciągnąć więcej wniosków. Ren, nie potrzebował odpowiedzi Glenna, by wiedzieć co stanowi jego problem. Młodzieniec, jak nie jeden początkujący, miał trudność w kontrolowaniu drzemiącej w nim energii.
— Znam tylko to jedno zaklęcie, które widziałeś, ale ono nie wystarcza. Nie jestem w stanie wyzbyć się nadmiaru mocy, ani też go kontrolować. Wątpię, czy to co potrafię zrobić można zakwalifikować do władania magią. — Jesse niespokojnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Strach, o którym starał się nie myśleć, zaczął brać górę.
Krawler chciał mu pomóc, lecz przypadek jego przyjaciela był bardziej delikatny niż mogłoby się zdawać. Poecie również ciążyło pochodzenie. Gundaliańska szlachta uważała za hańbę posiadanie magów w swych rodach, co pieczołowicie tuszowała.
— Wszystko zależy od tego, czy zamierzasz dalej podążać drogą naznaczonego, czy wolisz pozbyć się ciężaru władania mocą. — W bibliotece znikąd pojawił się obcy mężczyzna. Z pod jego kaptura było widać tylko siwą brodę, a czarny płaszcz skutecznie ukrywał posturę nieznajomego. Starzec był znacznie wyższy od młodzieńców, co również wskazywało na jego wiek.
— Kim jesteś? — spytał, zaniepokojony Glenn. Powinien był zauważyć, gdy tamten wchodził, a mężczyzna po prostu zmaterializował się z powietrza.
— Nie musisz się mnie bać, chłopcze — powiedział uspokajająco obcy, ściągając nakrycie głowy. — Na imię mi Lyphionim i jestem strażnikiem Podziemi.
Mimo że starzec sprawiał wrażenie przyjaznego, Jesse cofnął się i zerknął na Rena szukając w nim oparcia. W przeciwieństwie do niego, generał nie był nawet trochę zaskoczony pojawieniem się tamtego.
— Miło znów cię widzieć, wujku Lyphio — zaśmiał się Krawler, z widoczną ulgą wymalowaną na twarzy. — Nie masz się czego bać, Jesse. To była tylko zwykła iluzja.
— Nie czułem, żadnej aury — mruknął poeta.
— Bo mało o niej wiesz i o magi również. To nie jest takie proste, jak może się wydawać. — Wychowanek Podziemi spojrzał znacząco na swojego mistrza, sugerując mu, że od jego decyzji zależy, ile dowie się Glenn.
— Posłuchaj mnie chłopcze. Magia jest niezwykłym i potężnym darem, lecz lud nie bez powodu się jej obawia. — Zaczął ze spokojem starzec, nie spuszczając wzroku z Jessego. — Tu możesz nauczyć się nią władać, jednak jeśli tego nie pragniesz, mogę zaproponować ci inne wyjście. Moc da się zapieczętować, tak by nie sprawiała już nigdy więcej kłopotów. To, którą z tych opcji wybierzesz, zależy od ciebie.
Mężczyzna skierował się w stronę jednego z regałów i ściągnął z niego małą skrzynie, kładąc ją potem na stół. Szlachcic w tym czasie zaczął rozważać wszelkie za i przeciw, przedstawionych mu propozycji. Mógł wiele stracić i tyle samo zyskać.
— Nie śpiesz się z decyzją — Ren przerwał rozmyślania przyjaciela. — Nie mamy wystarczająco czasu na żadną z tych rzeczy — westchnął.
— Co w takim razie proponujecie? — spytał Glenn.
— Potrafisz przekazać energię? — Lyphionim zbliżył się do szlachcica i gdy tylko otrzymał twierdzącą odpowiedź podał mu niewielki woreczek. — Wlewaj w te kryształy tyle mocy ile zdołasz. Przez jakiś czas to powinno wystarczyć, ale jak tylko podejmiesz decyzję, wróć tutaj.
— Mam nadzieje, że jesteś świadom, że ta rozmowa ma zostać między nami. — Krawler, dodał mierząc wzrokiem kolegę.
— Wiem i zachowam to dla siebie — odparł Jesse. — Tylko Ren, co z mapą po, którą tu przyszliśmy.
— Wszystko już przygotowałem — zamiast generała, odezwał się jego mistrz. — Również leki, które powinny ci pomóc, dziecko — starzec zwrócił się do swojego ucznia. — Westaria* dwa razy dziennie...
— Ale to wywołuje wymioty — zaprotestował gundalianin.
— A trzymałeś się diety? — retoryczne pytanie, speszyło młodzieńca. — Masz cztery porcie, bierz przed jedzeniem. Liesios** trzy na dzień, w ekstremalnych warunkach cztery. Z kryształami wiesz co zrobić i pilnuj proszę co jesz.
— Tak, wiem — mruknął bez przekonania młodzieniec, odbierając swój woreczek.
— A teraz już idźcie, zanim wasi przyjaciele tu przyjdą lub ktoś inny. — Lyphionim ponaglił młodszych i pożegnał się szybko ze swoim wychowankiem. — Dbaj o siebie, dziecko.


*Westaria - roślina rosnąca na Gundali. Ma działanie oczyszczające, ale efekt zależy od sposobu jej użycia. Zjedzenie kilku listków wywołuje wymioty. Wypity słaby napar oczyszcza organizm z toksyn, a silny służy do obmywania ran.

** Liesios - zioło o działaniu uspokajającym i rozgrzewającym. Przyśpiesza regenerację. Występuje na obu planetach.

~~
Napisanie tego zajęło mi trochę dużo czasu, ale przynajmniej jest dłuższy. Przez te dwa miesiące też sporo się u mnie działo. Druga impreza osiemnastkowa, śmierć kota, przygarniecie kolejnego (najbliższe schronisko mam ponad 50 km od domu), no i oczywiście szkoła.
Jeśli chcecie mnie skrzyczeć za tempo pisania, to będzie okazja na Pyrkonie.
Będę tam w smoczej albo kociej bluzie, zależy czy uda mi się ta pierwsza uszyć XD

6 stycznia 2017

Ostatni bóg III: Komplikacje

— Bo mnie szlag zaraz trafi, gdzie jest Neva?  spytał Ren, nerwowo przemierzając korytarz. Jesse i Zenet szli tuż za nim, woląc raczej mu nie zastępować drogi.
Poza Vidamem, wszyscy przybyli na czas i gdyby nie on już dawno byli by w drodze. Krawler i bez tego był bardzo poddenerwowany.
Neva spotkali, gdy wychodził ze swojego pokoju. Chłopak natychmiast próbował się tłumaczyć, lecz przerwało mu władcze spojrzenie Rena.
— Wyluzuj Ren — bronił się Vidam, chodź dobrze wiedział w jak złej sytuacji się znajdował.

— Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie — wysyczał wściekle Krawler i zaraz dodał, wiedząc wymyślaniu wymówek Neva nie miał równych. — Tylko nie ściemniaj.
— Bez ściemniania będzie ciężko — przyznał Vidam. — Odwzajemniona miłość do snu mnie nie uratuje?
Generał westchnął z rezygnacją i złapał się za głowę.
— Ale punkty za szczerość, Neva! — wtrąciła się Zenet, czując, że sytuacja się nieco uspokoiła.
Nie trwało to długo.
To co gundalianie wzięli za rezygnację, okazało się być kolejnym atakiem Rena, który osunął się na podłogę.
— Ren, nie mdlej tu. — Glenn potrząsnął lekko odpływającym Krawlerem.
W odpowiedzi wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem i ostatecznie zemdlał.
— Cholera by to wzięła — zaklął Vidam.
— To poniekąd trochę twoja wina. — Zauważyła Sirone. — Połóżcie go do łóżka. — Nakazała chłopakom.
— Ej to nie moja wina! — zaprotestował spóźnialski.
— Rusz dupę i milcz.
Gundalianie przenieśli przyjaciela do pokoju Neva i położyli go na łóżku.
— Wezwać medyków? — spytał Jessy, siadając obok Rena.
— Nie, już to przerabiałam. Jak się ocknie, to będzie chciał od razu wyruszyć, a z medykami na głowie będą tylko dodatkowe problemy. Znacie jego upór. — Zenet z westchnieniem usiadła na krześle stojącym przy biurku Vidama. — Gorzej jeśli nam zemdleje gdzieś po drodze. Tylko Ren zna drogę. Jak mniemam wam też powiedział tylko tyle, że idziemy po mapę?
Chłopacy zgodnie skinęli głowami.
— Ze mną nawet nie rozmawiał.
— Nie jesteś zbyt elokwentnym partnerem do rozmowy — rzucił od niechcenia Glenn, szukając coś w swojej książce.
Neva już chciał odgryźć się poecie, jednak w słowo weszło mu mamrotanie Krawlera.
— Ojcze... Matko... — jęknął. — Yuji... Nawet ty...
Gundalianie popatrzyli po sobie nie pewnie. Nie było tajemnicą, że ich przyjaciel był sierotą, a los jego rodziców pozostawał nieznany. Tylko żadne z nich nie słyszało nic o osobie imieniem Yuji, nawet nie słyszeli takiego imienia.
Ku ich jeszcze większemu zdziwieniu spod koca, którym okryli Rena, wturlał się jego bakugan. Linehalt przysiadł na chwilę, na czole chłopaka, po czym ponownie uniósł się w powietrze.
— Ren — stanowczym tonem zawołał swojego wojownika. — Ren, obudź się.
Krawler z trudem otworzył oczy i popatrzył nierozumiejąco na swojego bakugana.
— Mamroczesz przez sen — wyjaśnił krótko darkus.
Ren z jęknięciem przetarł oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu.
— Co się stało? — spytał nie mogąc odnaleźć się w sytuacji.
— Zemdlałeś — wyjaśnił zwięźle Jessy i zapytał. — Kim jest Yuji?
Krawler zamarł. Próbował dojść skąd to nagłe pytanie, jednak zmęczenie i panika mu nie pomagały. Młody generał usiadł na łóżku trzymając się z głowę. Nadal oderwany od rzeczywistości, gorączkowo myślał co odpowiedzieć, do momentu kiedy Linehalt się nad nim nie zlitował.
— Nikt istotny — powiedział wymijająco. — Ren, połóż się jeszcze na trochę, dobrze?
Chłopak wyjątkowo nie protestował, tylko schował się pod kocem.
Potem siedzieli już w milczeniu, nie chcąc przerywać snu Krawlerowi. Woleli by ich przyjaciel był jak najbardziej wypoczęty. W końcu powodzenie misji zależało głównie od niego. Fakt, że Linehalt był przytomny i wyruszał z nimi, dodatkowo pocieszał gundalian. Zawsze było dwóch, którzy mogli ich zaprowadzić.
Po czasie ciszę przedarło ciche mamrotanie Rena i uspokajający głos Linehalta. Dotąd nikt nie miał pojęcia jak wiele bakugan robił dla swojego przyjaciela i chyba nikt z obecnych nie miał tak dobrej relacji ze swoim partnerem, jak oni. To nie było z resztą dziwne, w końcu ta dwójka była zdana tylko na siebie przez długi czas.
***

Po kilku godzinach Krawler w końcu się obudził i z wyraźnym przymusem wstał.
— Lepiej się już czujesz? — spytał go Jessy, sadzając z powrotem na łóżku.
— Tak — mruknął Ren. — Musimy już iść...
— Ren, daj sobie jeszcze chwilę. — Glenn starał się utrzymać przyjaciela na miejscu.
— Nie mamy chwili — warknął, na powrót się denerwując.
— Ren, spokojnie. Przecież wracamy do domu. — Linehalt usiadł na ramieniu swojego wojownika. — Nie denerwuj się tak, nic złego się nie stanie.
Pod wpływem uspakajającego tonu bakugana Ren opanował się. Przez chwilę wbijał przepełnione bólem spojrzenie w podłogę, po czym westchnął.
— To idziemy już? — spytał zrezygnowany. — Straciliśmy już zbyt dużo czasu...
— Rozumiem, że ta mapa jest bardzo potrzebna i tak dalej, ale chyba tak od razu nie ucieknie? — zauważył Neva. — A sami raczej sobie nie poradzimy.
— Mapa nie ucieknie, ale stworzenia zamieszkujące podziemia są bardziej aktywne nocą. — Krawler ponownie westchnął. — A droga do Podziemi to nie pięć minut marszem.
— Ren, a mógłbyś nam łaskawie powiedzieć coś więcej na temat Podziemi? Bo jakby nie patrzyć to idziemy na całkiem obcy teren, a nie wiemy o nim kompletnie nic... — W głosie Zenet, mimo ironij, dało się usłyszeć drżenie.
W pomieszczeniu nastała cisza. Ren wiedział, że powinien był zacząć od udzielenia im informacji na temat Podziemi. Nawet jeśli był w stanie zapewnić reszcie gundalian bezpieczeństwo, to lepiej by było aby wiedzieli na co się porywają.
Krawler czół na sobie wyczekujące spojrzenia Zenet i Neva. Jessy akurat czytał książkę, co jakiś czas zerkając na pozostałych.
— Ech.... Nie spodziewajcie się, że Podziemia w jakikolwiek sposób będą przypominać to co pamiętacie stąd. Są o wiele bardziej żywe, przynajmniej ich właściwa część, do której dostaniemy się tunelami. Z Linehaltem żyliśmy głównie w tym najbardziej przyjemnym fragmencie Podziemi i tam właśnie zmierzamy. Najpierw będziemy iść tunelami, są istnym labiryntem i raczej panuje w nich kompletna ciemność. Pod żadnym pozorem nie wolno się nam rozdzielić. Dalej będzie tylko łatwiej, ale wszędzie musimy uważać na demony i inne tego typu stworzenia.
— Pocieszasz — Neva zaśmiał się nerwowo. — Może jeszcze mamy poczęstować potworki cukierkami?
— Jeśli twierdzisz, że masz wystarczająco mocną wolę, możesz spróbować, któregoś udobruchać krwią.
— Może jeszcze posmyrać któregoś po jajach? — rzucił z udawanym gniewem Vidam, na co Ren niezauważalnie prychnął.
— Raz byś sobie darował ten rubaszny humor, Neva — mruknęła Surrow.
— Ja również uważam to za wyjątkowy brak smaku. — Glenn nadal pochłonięty książką również się w trącił.
— Nie przesadzajcie — Vidam wzruszył ramionami.
— Ren... — gdundalianka popatrzyła prosząco na Krawlera, na co on posłał jej przepraszające spojrzenie.
— Zenet, jestem generałem. Słyszałem gorsze rzeczy.
Sirone zrobiła naburmuszona minę, ku rozbawieniu Neva.
— Coś nie tak, Zenet? — powiedział zaczepnie Vidam i może by wynikło z tego coś ciekawego, gdyby nie Jessy.
Gundalianin bez jakiegokolwiek uprzedzenia położył dłoń na piersi Rena i zaczął czytać na głos jakieś niezrozumiałe słowa. Wokół dłoni Gleena zaczęły unosić się niewielkie, zielone kulki energii, które po chwili wniknęły w ciało Krawlera.
— Skończyłem — oznajmił w końcu poeta. — To powinno ci pomóc, Ren.
— Przekazanie energii — wymruczał tamten, ignorując osłupiałych Neva i Zenet. — Mogę spojrzeć? — Ren wyciągnął dłoń w znaczącym geście.
— Znasz stary dialekt? — zdziwił się Jessy, podając Krawlerowi swoją książkę.
— W Podziemiach było mnóstwo starych ksiąg, a ja nie miałem za specjalnie dużo rzeczy do roboty. — Ren uważnie przeczytał zaklęcie i przejrzał kilka stron po czym oddał Jessemu jego własność. — Chodźmy już.
— Czekajcie! — nakazał stanowczo Neva, machając przy tym rękoma jakby chciał odgonić jakieś robactwo. — Co tu się przed chwila stało?
— Magia, mój drogi, magia. — Jessy wyprostował się, zadowolony z siebie.
— Jestem pewien, że Jessy później was nauczy kilku sztuczek, ale teraz chodźcie. Mamy bardzo przyjemną misje do wykonania. — Ren z zdecydowanie lepszym samopoczuciem ruszył do wyjścia.
"Wracamy do domu" — pomyślał, zadowolony z tego faktu.

***

— Daleko jeszcze? — jęknął kolejny raz Neva, wyraźnie niezadowolony z długiego marszu.
— Bylibyśmy dalej, gdybyś się nie spóźnił — zauważył chłodno Ren. — Już prawie jesteśmy. Linehalt — imię swego bakugana chłopak wymówił jak polecenie.
Istota natychmiast usłuchała niewypowiedzianego rozkazu, ukazując swą prawdziwą postać.
— Dalej lecimy — oznajmił Ren, wskakując na dłoń swojego bakugana.
Pozostali poszli w jego ślady.
— Nie mogliśmy tak wcześniej? — Zenet spojrzała na Linehlata z nieukrywanym żalem.
— Zaatakowały by nas chaosy, a Linehalt nie ma dosyć sił by z nimi walczyć. Ja również. — wyjaśnił Krawler.
— Czyli już nie będziemy musieli walczyć?
Na twarzach wszystkich na chwile pojawiła się ulga, jednak znikła zaraz po udzieleniu odpowiedzi.
— Jeśli demony mnie pamiętają, to nie...
— Nie strasz ich, Ren — zaśmiał się Linehalt, niosąc ich w stronę wysokiego klifu. — Obaj dobrze wiemy, że istoty z Podziemi w większości stronią od jakiegokolwiek towarzystwa.
— Ale to nie oznacza, że żadnego z nich nie spotkamy. — Ren westchnął. — Z resztą jesteśmy prawie na miejscu.
— Przy odrobinie szczęścia, zobaczymy tylko tą sympatyczną wierne.
Krawler wzruszył ramionami i poidłu wzrokiem po reszcie gundalian. Bez względu na to czy demony, które mieli spotkać okazałby się miłe, towarzysze Rena nie wyglądali na szczęśliwych, a wręcz przeciwnie. Zenet była przerażona, Neva podobnie, a Jessy najprawdopodobniej coś analizował.
— Nie wyglądasz na wystraszonego, Jessy —  zauważył Krawler.
— Widzisz Ren —  odparł. — Oczywiście, że jestem przerażony, ale równocześnie budzi się we mnie ekscytacja. Przecie zostałem jednym z nielicznych, którym będzie dane spojrzeć na ten dziewiczy świat. Z pewnością powstanie z tego doświadczenia, dość niezwykły tomik poezji. Byle dano mi chodź na chwilę spocząć. — Gesty Glenna stawały się coraz bardziej teatralne. — Mam również nadzieję, że dasz mi spojrzeć na swoje księgi, Ren?
Krawler spojrzał na niego z lekko nierozumiejący, jakby się na chwilę wyłączył i powiedział.
— O ile rozumiesz najstarszy dialekt... Większość ksiąg jest napisane właśnie w nim.
— Najstarszy dialekt? — Jessego zamurowało. — Przecież nikt nie jest w stanie przełożyć choćby kilka słów. Wymarł wieki temu...
— Większość nie po prostu współczesnych odpowiedników. Język ten powstał przed jeszcze przed samą Gundalią i Neatią, a świat wtedy wyglądał kompletnie inaczej.
— Skąd to wiesz? — Neva spojrzał podejrzliwie na Rena.
— Ja go nauczyłem tego dialektu — do rozmowy znienacka wtrącił się Linehalt.
 Tym razem pytające spojrzenia powędrowały w stronę bakugana.
— Wiem, że nie wyglądam, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że obecnie jestem najstarszą istotą w naszym wymiarze. Tym bardziej po tym jak Święta Kula... Iv... Odeszła... — Ostatnie słowa Darkusowi przychodziły ciężko. Tylko Ren wiedział jak wiele Linehalt zawdzięczał bogini.
— Jak to? Nie wyglądasz —  Sirone, przyjrzała się bakuganowi ciemności.
— Dziękuję — odparł tamten.
— Moglibyście nam to wyjaśnić? — poprosił Glenn.
— Linehalt jest jednym z pierwszych bakuganów. Legendarnym Mrocznym Pomiotem... — Wyjaśnił niechętnie Ren, a Gundalianie słysząc to zamarli.
Okazało się, że właśnie siedzieli w szponach jednego z mitycznych monstrów, które terroryzowały świat tysiąclecia temu. Mroczne pomioty przerażały już jako bohaterowie legend, istoty pozbawione duszy, żyjące tylko po to by niszczyć.
Czy Linehalt na prawdę był kimś takim?